Recenzje spawngamer'aVangelis - mój Top 10

Świetne recenzje płyt, których lubi słuchać spawngamer.

Moderatorzy: fantomasz, spawngamer

Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Vangelis - mój Top 10

Post #39302 autor: spawngamer » 23 paź 2006, 12:26

10. DIRECT (1988)
Po owocnej współpracy z Polydor’em która umocnila jego karierę Vangelis przeszedł do postrzeganej jako twierdzę prog rocka Aristy. Wraz z tym posunięciem nadszedł według niego czas na unowocześnienie instrumentarium. V chciał stworzyć płytę koncepcyjną ukazującą możliwości nowoczesnej techniki. Co najbardziej V. Pociągało w nowych technologiach to skrócenie dystansu między inspiracją a realizacją kompozycji muzycznej. Specjalnie budowano dla niego sprzęt pod nadzorem technika Bill’a Marshall’a ale tak naprawdę sekwenser Direct nie został ukończony w czasie powstawania płyty i nie wykorzystano go na żadnym tracku. Kilka utworów stworzono z wykorzystaniem sprzętu będącego jego prototypem nazwanego Zyklus MIDI Performance System.
Tytuł płyty odnosi się zarówno do sprzętu jak i kierunku nowych poszukiwań twórczych Vangelisa -oprócz przyswojenia sobie zaawansowanych technologii miała być wyznacznikiem kierunku w którym V zamierzał odejść w przyszłości czyli miksu muzyki popularnej i klasycznej .Oba są reprezentowane na tym albumie z tym że balans zdecydowanie przesuwa się tu ku popowi ( wyraźna melodyjność kompozycji obdarzonych jakby refrenami z dużą ilością perkusji i sampli gitary elektrycznej ).
Kontrakt z Aristą miał zaowocować serią albumów, które jednak nigdy nie zmaterializowały. Różne style , ładne melodie i rytmy powodują że można śmiało stwierdzić że to jeden z najbardziej różnorodnych brzmieniowo albumów Vangelisa. Bardziej rytmiczny niż wcześniejsze płyty z dużą uwagą przyłożoną do detali , ozdobników. Z połączenia symfonicznego brzmienia elektroniki Vangelisa z początku lat osiemdziesiątych z bieżącym bardziej intensywnym orkiestrowym brzmieniem wyszedł unikalny kolaż elektroniki i rockowych rytmów wchłaniających też elementy folk, funky i jazzu.
The Motion of Stars" –szarpane, nerwowe brzmienie z kojącym wydźwięk niepokoju podkładem wygenerowanych instrumentów strunowych przechodzących struktury w pozbawione zwartej linii melodycznej. Słychać tu wyraźnie że to kompozycja wygenerowana na krystalicznie sztucznym, programowanym brzmieniu cyfrowych syntezatorów.
The Will of the Wind" jako rytm ciężkie uderzenia automatu perkusyjnego na tle sampli ostrej elektrycznej gitary i dźwięków cyfrówek –takiego Vangelisa jeszcze nie znaliśmy! Brzmi jak rockowy materiał ! Flet użyty jako kontrast powolnego funkowego uderzenia-tak potem charakterystycznego dla np. Enigmy.
'Metallic Rain' utwór intensywny i głęboko melancholijny Pokochają go fani Blade Runnera. Rozpoczyna go syntezatorowe solo brzmiące jak kontynuacja Bladerunner Blues. Od 3.32 delikatna melodia przechodzi w brzmienia rockowe przez dodanie perkusji, przypominającego gitarę dźwięku z syntezatora i basu ale klimat utworu nie zmienia się. Przepiękna kompozycja.
'Elsewhere' jeśli nie jest reminiscencją to przynajmniej przypomina Opera Sauvage. Zarazem można to odebrać jako zapowiedź bardziej epickich dokonań lat 90 tych typu Voices czy Oceanic. Bardzo subtelne, zwiewne otwarcie oparte na powtarzalności frazy muzycznej najpierw na syntezatorze potem flecie które jest preludium do osobnej melodii.
Dial Out rodzaj kawałka rockowego opartego na perkusji i rytmie – podniosła prawie patetyczna melodia daleka jest jednak od kiczu. Zwróciłbym uwagę na świetne przejście od prawie bombastycznego podkładu plus fortepian do ekstatycznej, ostrej solówki na gitarze.
'Glorianna' brzmiąca jak operowy lament łączy brzmienie syntezatorów i perkusji w stylu orkiestrowym z operową wokalizą. To tu można użyć nowego określenia dla muzyki V. - elektronika operowa , w której V zanurzył się w El Greco a zwłaszcza Mythodei.
Na "Rotation's Logic" Komfortowe dla uszu dźwięki nie odbiegają daleko od wcześniejszych utworów. To coś jakby pop-elektronika brzmiąca jak podkład pod melodię new age.
podniosły utwór z harfą na pierwszym planie "The Oracle of Apollo,"to powrót do czasów See You Later. Kombinacja harfy, sampli tejże z basem i instrumentami strunowymi generowanymi z syntezatora. Świetnie zaaranżowana melodia przynosi poczucie uroczej tajemnicy i ujmującej cudowności
'Message 'kawałek symfoniczny stworzony ze struktur charakterystycznych dla popu , z jakby gaworzącym dzieckiem pojawiającymi się na początku i końcu utworu. Owe niewinnie brzmiące głosy kontrastujące z muzyką opartą na wyraźnym basowym bicie i poruszającym podkładem smyczkowym dodają jej niesamowitej wyrazistości znowu ocierającej się o podniosły patos. To kolejny krok ku budowaniu melodyjno symfonicznego stylu który w pełni miał się ujawnić na 1492.
'Ave' przedstawienie światowej aglomeracji –czysto industrialne brzmienie z dużą domieszką funky i elementami jazzu spięte w ładną, wpadającą w ucho melodię z kończącą utwór klawesynową wstawką. Na tym utworze kończyła się wersja winylowa ale cd były już wtedy coraz modniejsze i V dodał jeszcze dwa kawałki .
'First Approach' typowy kawałek mieszania stylów Spokojny , prawie kontemplacyjny utwór zawierający solówki na syntezatorową wiolonczelę i flet. Pokład zbudowano z unikalnego brzmienia syntezatora imitującego smyczki i wokaliz. Wiolonczela i flet użyte są do wprowadzenia melodii a muzyka przechodzi w crescendo. W finale oba instrumenty powtarzają melodię jednocześnie. To chyba mój faworyt na tej płycie.
'Intergalactic Radio Station zrobiono na modłę "See You Later" (tekst recytowany przez technika Casey’a Young’a autoparodiuje monolog z Blade Runner’a umierającego Roy’a Batty i tekst czytany przez Keith’a Spencer-Allen wykorzystany w tytułowym utworze "Albedo 0.39"). Ciekawy melanż podkładu o zabarwieniu prog rockowym z mówionym tekstem. Pozostałe wokale brzmią niczym zniekształcone głosy z telefonu. Co więcej pojawią się tu instrumenty dęte przypominające wodewilową sekcję trąbek. Ten utwór to taki żarcik.
Uznawano wprowadzenie przez V instrumentarium cyfrowego za pogrzebanie indywidualności jego charakterystycznego stylu. Nic bardziej mylnego. Uważam, że właśnie w zetknięciu z cyfrowymi narzędziami V. Pokazał swoją maestrię gdyż nie ma tu mowy o dominacji tychże nad wyobraźnią Vangelisa a jedynie o pewnej modyfikacji. Płyta ta w znakomity sposób przedstawia jak twórca obdarzony niesamowitym talentem potrafi w ekspansywny i wieloraki sposób wykorzystać technikę, która innemu wykonawcy odebrałaby charakter jego myśli twórczej. V. Nie wpadł w pułapkę zauroczenia możliwościami digitalowych zabawek co słychać na płytach co niektórych z tamtych lat eksploatujących te same pomysły aż do znużenia. Paletą barw i brzmień jakie znalazły się na tym krążku można by obdarzyć kilka jeszcze płyt i każdy z tematów na niej jest inny, inaczej zaaranżowany zawsze z inną ornamentacją. Właśnie owa bardzo szeroka paleta brzmień i tekstur jest niesamowitą siłą tego wydawnictwa. (10/10)

Vangelis- Arranger, Composer, Multi Instruments, Main Performer, Producer
Nicos Despotidis-Engineer
Markella Hatziano wokal
Casey Young głos
nagrano w Sound Studios, Athens

1. The Motion of Stars — 4:17
2. The Will of the Wind — 4:41
3. Metallic Rain — 6:10
4. Elsewhere — 5:39
5. Dial Out — 5:20
6. Glorianna (Hymn a la Femme) — 4:20
7. Rotation's Logic — 3:27
8. The Oracle of Apollo — 3:55
9. Message — 7:07
10. Ave — 5:02
11. First Approach — 4:58
12. Intergalactic Radio Station — 7:44
9.OPERA SAUVAGE(1979)
Opera Sauvage to dokumentalna seria odkrywająca relacje między muzyką, człowiekiem i zwierzętami z całej kuli ziemskiej. Była to jedna z głównych realizacji dokumentalisty Frédérica Rossifa na w latach 1975 –1979 z której materiału wystarczyło na 21 ponad 50 minutowych epizodów, nadawanych pierwotnie we francuskiej Antenne 2. Serial ten odkrywający egzotykę i specyfikę różnych regionów świata rozgrywał się m.in. w Peru, Kamerunie, Irlandii, Singapurze. Vangelis poznał Rossifa w Paryżu w 1970 i już rok później ich spotkanie zaowocowało wspólnym dziełem "L'Apocalypse des animaux". Od tej pory zaczęła się ich długa i owocna współpraca wizjonera kamery i wizjonera syntezatorów. V obdarzył swoją muzyką wiele jego filmów i nie robił tego dla pieniędzy tylko bardziej z przyjaźni. Oficjalnie ukazały się z wspólnych kolaboracji do filmów przyrodniczych tylko trzy albumy – jedynie jako bootlegi dostępne są zaś "Sauvage et Beau" (1984) i swoiste kompilacje muzyki V na "Splendeur Sauvage" (1986), "Les animaux de Frederic Rossif" (1989) i "Beaute Sauvage" (1989).
Ale to nie wszystko! . Razem zrealizowali też produkcje o malarzach Georges Mathieu (1971), Georges Braque (1974), Pablo Picasso (1981) i Morandi (1989), obraz o fotograf Gisele Freund "Au pays des visages" (1972), a także wyprodukowany specjalnie na 100 lecie instytutu Pasteura w Paryżu obraz Pasteur(1987) Zwieńczeniem ich wspólpracy była czteroczęściowa , "De Nuremberg á Nuremberg"(1989), historia nazizmu i jego upadku , której Rossif obłożnie chory zdołał wyreżyserować 2 części. Wszystkie te filmy zostały obdarzone dźwiękami z wyobraźni V zresztą Rossif tworzył z dostarczanych mu materiałów swoiste archiwum – i jeśli dla jakiegoś bieżącego projektu potrzebował jakieś dźwięki sięgał do szuflad i wyciągał jakieś stare kawałki V. Przyjażń obu twórców przetrwała do 1990 roku gdy Rossif zmarł na raka.
Płyta powstała oczywiście w londyńskim Nemos Studio, gdzie V nagrywał w okresie angielskim aż do 1987 roku. Na albumie znalazła się jedynie część muzyki przygotowanej do tego serialu. W każdym odcinku pojawiały się nowe dźwięki spod ręki mistrza wymieszane z muzyką etniczną wykorzystywaną także jako podkład muzyczny. V na oficjalny album wybrał tylko te, które uznał za wartościowe. I tak dla przykładu z odcinka poświęconego rodzinnej Grecji nie pojawił się ani jeden fragment.
Niektóre elementy i brzmienia stworzone na tej płycie są preludium do tego co miało pojawić się na krążkach Antarctica czy Chariots Of Fire czyli romantyczne melodie z bogatymi, prawie pompatycznymi orkiestracjami.
Otwierający album Hymne stał się dość popularnym motywem wykorzystywanym podczas...uroczystości ślubnych a to znowu za sprawą użycia go jako podkładu muzycznego pod reklamówkę popularnych w USA win marki Gallio. Utwór oparto na podniosłej melodii pełnej muzycznej elegancji –poruszającej i pełnej mocy ma w sobie siłę właśnie dostojnego hymnu.
Po tych dumnych prawie patetycznych dźwiękach słuchamy Reve - bardzo wyciszoną opartą na delikatnej grze na syntezatorze melodię – mocno skoligaconą z brzmieniami Apokalipsy Zwierząt. Senno - marzycielskie przepiękne minimalistyczne pasaże kreują wizję relaksu ale z wyczuwalną nutką refleksji, zadumy , prawie smutku. Mam wrażenie że ta kompozycja unosi mnie gdzieś w pogodne słoneczne niebo, ma w sobie tyle miłego ciepła, że prawie namacalnie czuję jakby żar słonecznego poranka bijący z tej muzyki.
"L'enfant" -prosta melodia, powtarzany motyw wokół którego osnuto ciekawą aranżację – jak w Bolero Ravela mamy wrażenie że dochodzą coraz to nowe instrumenty, delikatny , zwiewny kawałek jest kwintesencją stylu Vangelisa –cała płyta jest właśnie tak zbudowana - na czarujących , prostych tematach, rozwiniętych w ciekawe, ładne kompozycje. Zdawałoby się że to banalne, proste melodie lecz tak brzmiące że ciarki chodzą po plecach. Z tym utworem jest związana zresztą pewna anegdota –nie oparto się jego urokowi i wykorzystano go w filmie Rok Niebezpiecznego Życia(1982) ale rok wcześniej pewien reżyser nalegał urzeczony jego czystym pięknem aby umieścić go w wyrażającej symbolicznie idee sportu scenie biegu na plaży – V wyperswadował to temu reżyserowi mówiąc, że może stworzyć bez problemu podobną kompozycję ale nową – i przez to możemy podziwiać kunszt V na evergreenie Titles z Rydwanów Ognia....
Mouettes –kolejna stonowana kompozycja – piskliwy dźwięk z syntezatora owinięty samplami kojarzy mi się z zachodem słońca, przemijaniem, ukojeniem które przynosi mrok nocy ale i z nostalgią za słońcem. Piękna rozmarzona kompozycja.
Chromatique- przepiękny podkład na gitarze akustycznej przypominający dawne dzieła V
Irlandie- oparty na irlandzkich brzmieniach w stylu Clannad pieśń oczywiście zrealizowana w charakterystycznym brzmieniu V
Flamant rouses –prawie 12 minutowa suita składająca się jakby z 3 części –wolnej, galopującej i końcowej w prawie bluesowym stylu.V. Daje tu popis swych umiejętności improwizacyjnych - atoniczne dźwięki unurzane w niesamowitym brzmieniu syntezatorów dają świetny rezultat – brak tu piękna melodii poprzednich kompozycji, zbliża się w tym utworze do czegoś bardziej wyszukanego niż reszta albumu z asertywnymi liniami na syntezatory i jest w tej muzyce coś bardzo pociągającego –oblicze zmienia się w pięknym końcowym fragmencie ostatnich dwóch minut –powolny spokojny rytm i kolejny piękny rozmaz syntezatorowych solówek.

Opera Sauvage pełną pięknych, nastrojowych melodii z cudownym brzmieniem orkiestracji można uznać za sztandarowy przykład jak V z prostego materiału tworzył arcydzieła. Znowu elektryczne pianino Fender Rhodes i charakterystyczne dla V brzmienia z Yamahy CS-80 dały niesamowity rezultat.
Ten tytuł nie ciśnie się na usta na hasło Vangelis - a niesłusznie bo to znakomity przykład miłej dla ucha melodyjnej elektroniki spod znaku tego wykonawcy.(10.16/10)

1. "Hymne" (2:40)
2. "Reve" (12:26)
3. "L'enfant" (4:57)
4. "Mouettes" (2:28
5. "Chromatique" (3:25)
6. "Irlande" (4:43)
7. "Flamants Roses" (11:50)

Vangelis grał na kilku rodzajach syntezatorów , fortepianie , fortepianie elektrycznym (szczególnie eksponowany w tracku 2), bebnach, perkusji, ksylofonie, gitarze akustycznej (track 5)
Jon Anderson słyszymy na harfie w "Flamants Roses".
inzynierowie dźwięku Keith Spencer-Allen
Marlis Duncklau
Andy Hendriksen
Nagrano w Nemo Studios, Londyn 1978, 1979.
8.CHINA(1979)
V interesował się starożytną filozofią i kulturą Chin co zmaterializowało się muzycznie na pierwszym wydanym dla Polydoru albumie . Ukazał się on po eksperymentalnym Beauborgu który ponoć miał za zadanie zerwanie kontraktu z RCA (dla mnie to tylko pogłoska) . Polydor poważnie podszedł do swej nowej gwiazdy i tego wydawnictwa zamieszczając w pierwszej edycji na LP wkładkę zawierającą długi esej i wiele unikalnych zdjęć. Z eseju dowiadujemy się, że V uznawał starożytną chińską muzykę za zbieżną ze swymi dokonaniami gdyż nie miała tylko zabawiać intelekt ale i oddziaływać na całe ciało. Kolejny przyczynek do zainteresowania się tematem to że V w latach siedemdziesiątych mocno interesował się wszelkimi instrumentami perkusyjnymi a te wśród starożytnych instrumentów chińskich wiodą prym. V przyznawał że nie był w Chinach ale uczył się tego kraju poprzez brzmienie ich instrumentarium jak i czytanie książek z których cytaty pojawiają się w wkładce jak i recytowane są na albumie.
Vangelis stara się pochwycić wielorakie skojarzenia z życiem ludzi znad Jangcy.
Mamy więc ich historię (The Long March), filozofię (Yin & Yang),charakterystyczne dla konfucjanizmu opowieści ( The Little Fete), obraz wsi( The Tao Of Love), przyrody (Himalaya). Znaczące są też tytuły które konotują wyobrażenia obcokrajowców nasuwające się na myśl na hasło Chiny. Atmosferę albumu ma oddawać też niepokojące rozmazane zdjęcie V pływającego w basenie wypełnionym turkusowo zabarwioną wodą .Szczerze dla mnie niezrozumiale...
Azjatyckie brzmienia pojawiały się i na wcześniejszych albumach –tu jednak wyraźnie je polepszono i otrzymały pierwszoplanowe miejsce .Tytuł mylnie wskazuje na interpretację chińskich tematów. Właśnie bardzo ważną cechą tej płyty i zarazem kolejnym przejawem talentu artysty jest to że V nie poddaje się wiernemu naśladownictwu tworząc kopię chińskich brzmień . Zamiast kalki mamy niesamowitą kombinację wpływów azjatyckich z charakterystycznym brzmieniem V. Interpretuje różne aspekty chińskiej muzyki i kultury w swój własny unikalny sposób bez prób ich imitacji. Inaczej mówiąc mamy tu zestaw pięknych melodii świetnie zilustrowanych wyszukanymi syntezatorowymi orkiestracjami powstałymi pod wpływem chińskiej muzyki.


"Chung Kuo" rozpoczyna oryginalne wykorzystanie efektów –słychać coś co przypomina helikopter, krążące wokół słuchacza ferie tekstur , dźwięki przypominające krzyczący tłum aż wreszcie pojawiają się instrumenty –dzwoneczki i syntezator wprowadzające majestatyczne pełne prawie patosu brzmienie .Wyciszenie w pojedyńcze dźwięki to interludium do kolejnego prawie pompatycznego wprowadzenia wygrywanego na syntezatorach . Tu dygresja – wersje cd różnią się w oznaczeniu utworów od wydań na winylu zarazem odmieniają zamierzenia V. Chung Kuo czyli „państwo środka” obrazuje nam ogrom i splendor Chin jako kraju – te doniosłe dźwięki były przypisane temu utworowi do 1:43 czyli do melodii . Od niego zaś zaczynał się Long March czyli utwór drugi który pierwotnie składał się z owej nastrojowej melodii z Chung Kuo na cd oraz fortepianowej wariacji, wydzielonej na cd jako Long March. Zresztą słychać wyraźnie że fortepianowe solo w drugim utworze to kontynuacja tematu z Chung Kuo na cd. Zwróćmy uwagę że inaczej w tym wypadku rozkładają się akcenty naszego pojmowania tej muzyki – krótkie wprowadzenie na temat Chin to jakby oznaka że V trudno oddać ducha i ogrom tego państwa. Long March otrzymuje zaś bardziej patetyczną oprawę - długi marsz oczywiście kojarzy się z Mao Tse Tungiem i chińską rewolucją , V sympatyzował z ruchami lewicowymi może należałoby rozumieć odarcie utworu drugiego z pięknej melodii w bogatej aranżacji na rzecz ascetycznego fortepianowego solo jako rodzaj innego spojrzenia na politykę Chin?
Wracając do tematu- posługuję się jednak cd dlatego ciąg dalszy opisuję przy Chung Kuo .Oj dzieje się- wspaniały temat z niebanalną , genialną melodią – jako podkład pojedyńcze dźwięki z keyboardu na tle których V osnuwa całą gamę syntezatorowych przepięknych pasaży. Znakomicie obrazuje to talent V.- przykład wykreowania orientalnego brzmienia bez jakikolwiek rzeczywistych odniesień do tej muzyki. Docenił te dźwięki choćby GM który zawarł je w reklamie luksusowego modelu Ford Mercury Lynx.
Long March - Vangelis pokazuje się jako świetny pianista. Fortepianowe solo oparto częściowo na poprzedniej melodii improwizowanej w neo –klasycznym stylu z lekkimi wtrąceniami sekwenserów. Long March ukazał się na singlu ( nie w wersji jaką znamy z cd) i co ciekawe zawiera rozwinięcie w postaci strony B czyli Long March part II. Ta właściwie piosenka wykorzystana przez UNICEF , zaśpiewana została przez The Children of Orleons Infant School Twickenham wybranego przez V po licznych wizytacjach szkół londyńskich. Polecam jej przesłuchanie choćby na bootlegu High In The Sky – opowiada o tym że należy przejść wzgórza, wzburzoną wodę, w rosnącej spiekocie i wietrze i jest opowieścią o ludzkiej determinacji.
Po stonowanym długim marszu poraża nas atak nieskoordynowanych dźwięków przechodzących w melodię. "The Dragon" to dziwnie synkopowany utwór który mimo że grany na instrumentach elektronicznych daje wrażenie że dźwięki wydobywane są z naturalnych instrumentów. Keyboardy brzmią tu bardzo miękko jesteśmy prawie pozbawieni linii basowej. Pulsujące brzmienie wspomagają kotły i talerze. V oddaje tu nastrój i ducha chińskich świąt w mitologii której smoki mają olbrzymie znaczenie. W opisie płyty podaje się że smok symbolizuje ducha zmian i kreatywną moc życia.
Po kolejnym pełnym ozdobników, głośnym utworze jako przeciwwaga (Jin i Jang?) stonowany cichszy kawałek. Plum Blossom otwiera duet skrzypcowo –fortepianowy imitujący orientalizmy gdzie fortepian pełni właściwie rolę tła a cały ciężar jest przerzucony na wspaniałą solówkę na skrzypcach Michela Ripoche , dobrego przyjaciela V jeszcze z czasów paryskich. Utwór zostaje w połowie trwania wzmocniony syntezatorowymi wstawkami dodającymi mu efektownego , nie przekombinowanego brzmienia. Kwiat śliwy to symbol seksualnej witalności.
Tao Of Love- melodią i instrumentarium wydaje się być orientalny –znakomicie naśladuje owe brzmienia , przechodzi jednak w solówki typowe dla V nie dające cienia wątpliwości, ze to V jest twórcą tej melodii. Utwór można uznać za prosty i pretensjonalny gdyby nie znakomita, wyważona aranżacja.
The Little Fete otwiera chiński flet. Nastrój wyciszenia i kontemplacji w medytacyjnym wydaniu przechodzi w dźwięk dzwoneczków i delikatne odprężające dźwięki syntezatora. Na ich tle pojawia się recytacja wykonana aby spotęgować wrażenie azjatyckości przez ...Koreańczyków (sic!) Koon Fook Mana i Yeunk Hak Funa. Ów monolog to zaczerpnięta z książki Taoizm opowieść z VIII wieku o tym że jak chcemy się napić wina najlepiej zrobić to w nocy - bo mamy wtedy dwóch kompanów –księżyc i nasz cień czyli nie jesteśmy samotni a i butelka cała nasza... Utwór kończy gong – kurtyna opada , przedstawienie się kończy
Te trzy minimalistyczne kawałki -"The Plum Blossom", "The Tao of Love" i "The Little Fete" to swoiste muzyczne ogrody zen ukryte pomiędzy bardziej epickimi, rozbudowanymi utworami.
"Yin & Yang" –tu dwie przeciwności można odczytać jako wschód i zachód –greckie buzuki grane na koto z tłem na syntezatorach to jakby synteza muzyki wschodu i zachodu .W pierwszej części utwór ma charakter typowo orientalny by przejść w mocne, nerwowe rytmy i dźwięki zachodniej muzyki której tłem są orientalne wstawki.
"Himalaya",to kolejny dowód jak znakomitym ilustratorem jest V przy oddawaniu przestrzeni i piękna przyrody a pomocą dźwięków. Nie ma tu melodii tylko nastrojowa atmosfera –bas oblewany dmuchającym wiatrem i syntezatorowymi falami odzwierciedla ogrom tego pasma gór. Utwór uświadamia jak V łatwo przykuwa uwagę słuchacza na ponad 10 minut w statycznej kompozycji przy braku właściwie melodii. "Himalaya" wyobraża powolny marsz na wysokości, poprzez wiatr, skalne doliny i lód przechodząc w zamykający płytę "Summit" który opowiada o końcu tej podróży –uwieńczeniem jest zapierający dech w piersiach widok w pustce i ciszy podniebnych szczytów. "Summit" rozpoczyna efektowny pastisz brzmień -wyraża nie triumf po trudzie lodowej wędrówki co charakterystyczne dla ludzi cywilizacji zachodu a rozkoszowanie się widokiem co znowu odzwierciedla inność osobowości ludzi cywilizacji dalekiego wschodu ceniących duchowość ponad inne przymioty.
W tej płycie słuchacz może znaleźć romantyczną chińska scenerię i portrety ogrodów ryżowych pól żyznej wsi, sztukę kaligrafii ideogramów jak fortepianowe interludium w Long March czy skrzypce w Plum Blossom wymieszane z dodanymi ze smakiem wpływami zachodnimi. Płyta koncepcyjna zrealizowana momentami z epickim rozmachem z pięknymi zdolnie zaaranżowanymi melodiami z wielością podkładów syntetycznych orkiestracji czy samotnego fortepianu nie ma właściwie nic w sobie z chińskich melodii –używa wschodniego skalowania na swój sposób aby za pomocą statecznych rytmów i tekstur syntezatorowych wyrazić majestatyczny obraz Chin
Znakomite konstrukcje bazujące na miksie azjatyckich linii melodyjnych z urokliwym brzmieniem syntezatorów dają nam niezapomniane romantyczne i nostalgiczne melodie.(10.25/10)

1 Chung Kuo 5:31
2 The Long March 2:01
3 The Dragon 4:13
4 The Plum Blossom 2:36
5 The Tao Of Love 2:44
* 6 The Little Fete 3:01
7 Yin & Yang 5:48
8 Himalaya 10:53
9 Summit 4:30

Koon Fook Man Vocals, Recitation
Vangelis Arranger, Multi Instruments, Main Performer, Design, Keyboards, Producer
Raphael Preston Engineer
Michel Ripoche Bass, Violin
Andy Hendriksen Engineer
Jo Mirowski Art Direction, Design
Veronique Skawinska Photography
Yeung Hak-Fun Recitation
Veroniqe Shawinska Photography
Yeunk Hak Fun Vocals

Nagrano w Nemo Studios, London 1979

7.HEAVEN & HELL (1975)
Niemożliwe jest opisywanie tego co dzieje się na tym albumie muzycznie gdyż mamy tu taka miksturę dźwięków i nastrojów którą trudno tu oddać słowami i ubrać w przystępny opis.
Zacznę od końca czyli tracklisty ze względów na opisy utworów z LP jakie będę stosował przybliżając tą płytę.
Chodzi o to że wydania cd Heaven and Hell dzielą suity na:
Heaven and Hell (part one) – 21:58 (wliczając 4:58 So Long Ago, So Clear)
Heaven and Hell (part two) – 21:16
ale niektóre analogi mają bardziej szczegółowy podział :
1. Heaven and Hell, Part One — 21:58
a. Bacchanale — 4:40
b. Symphony to the Powers B — 8:18
c. Movement 3 — 4:03
d. So Long Ago, So Clear — 5:00
2. Heaven and Hell, Part Two — 21:16
a. Intestinal Bat — 3:18
b. Needles and Bones — 3:22
c. 12 O'Clock — 8:48
d. Aries — 2:05
e. A Way — 3:45
i tym podziałem się posłużę.
Heaven and Hell rozpoczynał okres pracy w Nemo Studios i początek prawdziwej kariery międzynarodowej i był pierwszym albumem zrealizowanym dla RCA. Płyta została odnotowana na listach przebojów co zaowocowało niesamowitym ponoć koncertem w Royal Albert Hall. Wtedy gwiazdą wytworni był Rick Wakeman i pokłosie właśnie progresywnego rocka na tej płycie wyraźnie słychać.

Część pierwsza zaczyna się od Bacchanale. utwór rozpoczyna się od samotnego akordu keyboardów do którego dołącza po chwili współbrzmiący z nimi chór by eksplodować w końcu perkusją i całym kompleksem pasaży na syntezatorach, dźwiękami z Fender Rhodesa wybrzmiewających na tle mooga i chóralnych śpiewów przywodzących na myśl potępieńcze krzyki. To zdecydowanie Hell – nagle wszystko gwałtownie cichnie i syntezatory znowu powtarzają uporządkowaną strukturę , dołącza do nich chór i kolejne powtórzenie dzikiej jazdy naśladującej cierpienia potępionych poddawanych torturom. To chyba zdecydowanie najbardziej prog rockowa część płyty przypominająca ELP czy Wakemana. Muzyka atakuje słuchacza czymś w rodzaju imitacji wojny między dobrem a złem za pomocą dźwięków cichnących i wybuchających na nowo. Utwór ukazuje bardziej agresywną stronę muzyki V
"Symphony to the Powers B" to centralna część pierwszej suity, rozpoczyna je emulowane intro na panino, przechodzący w kosmiczne brzmienia, tak charakterystyczne później dla V do których dołącza chór wyśpiewujący w rytmicznym , prawie pompatycznym nastroju łacińskie teksty przydające tej muzyce coś na kształt jakiegoś religijnego obrządku.
Wtedy też na zasadzie kontrapunktu ,dochodzi do konfrontacji męskiej i żeńskiej części chóru anielskich i demonicznych sił wspieranych brzmieniem fortepianu, trójkąta i orkiestry. Dźwiękowo także dochodzi do gwałtownych zmian – od pełnego brzmienia orkiestry wspartego talerzami do delikatnych bramień fortepianu i perkusyjnych przeszkadzajek. W tym utworze najczęściej dopatruje się inspiracji Carminą Burana, Karla Orffa. Frenetyczne tempo inspirowane pracami tego twórcy w "To the Powers B" podkreśla dodatkowo także klasyczna technika gry na fortepianie. Mamy tu sporo porywających orkiestracji i wstawek etnicznych z Grecji. Przez kilka minut fortepian i chór i orkiestra otaczają słuchacza z niezwykłą burzą dźwięków aby przejść do crescendo pod koniec tej części .
Z tej kakafonii dźwięków wpadamy w stonowany "Movement 3". Rozpoczyna się melancholijną partią fortepianu, syntezatora – po chwili otrzymujemy ferię głośniejszych dźwięków wspartych przez chór – radzę zwrócić uwagę na tą kompozycję – przede wszystkim na główne brzmienie – wszak to nic innego jak wyciszona, pierwocina tytułowego utworu z Chariots Of Fire! Po drugie ten przepiękny , najbardziej przypominający późniejsze dzieła el V fragment ma swoją drugą historię związaną z bardzo popularnym serialem dokumentalnym z lat 70 -tych Carla Sagana „Cosmos”, gdzie ten utwór był tematem przewodnim.
Wreszcie "So Long Ago, So Clear , gdzie falset Jona Andersona słodki i relaksujący przynosi ukojenie po agresywnej muzyce części pierwszej. Delikatny, sentymentalny duet powstał w ciekawych okolicznościach. Ponoć Anderson chciał ściągnąć V na keybordzistę do Yes. V odmówił przyłączenia się do tej legendy progresji ale za to Anderson wystąpił na tej płycie. Dostajemy tu delikatne brzmienia Rhodesa połączone z harmoniami śpiewu - pozytywne i romantyczne liryki tworzą gorzko słodki rezonans z interpretacją Andersona przepełnioną jakimś wewnętrznym smutkiem.

Część II jest jeszcze bardziej mistyczna, rozpoczyna ją czysta improwizacja "Intestinal Bat" zbiór brzmień, dzwonków i harf tajemniczych i przyprawiających o dreszcze mrocznych dźwięków – kończy się to intro szokującym brzmieniem skrzypiec.
Po tym dziwnym wprowadzeniu czas na "Needles and Bones" rytmiczny lecz wciąż tajemniczy fragment muzyki z słyszalnym wpływem greckiego folkloru z chórami, keyboardami i dzwoneczkami w stylu Oldfielda przypominający wyszukane pląsy .
Nagle muzyka zmienia się i kolejny utwór "12 O’clock" rozpoczyna melancholijna melodia której po chwili wtórują na wpół gregoriańskie chorały podparte wolnym tonem perkusji na tle których słychać najpierw jakby lament mężczyzny a następnie kobiety –czyściec? Nagle słyszymy rytm wybijany na bębnach który nabiera siły i splata się z dzikimi dźwiękami z syntezatora- mamy chwile ciszy przerywane przeraźliwymi dźwięki, przerywane nagłymi i krótkimi chaotycznymi eksplozjami muzyki znikającymi tak szybko jak się pojawiają wymieniających się z imitacją na keyboardy ludzkich głosów , nagła cisza i kolejne powtórzenie chorału z dzwiękiem dzwonu w tle –memento mori? – dochodzi współczesny chór, kory oddaje pierwszy plan -niezwykły glos Very Varoutis daje wyobrażenie jak brzmieć powinien anielski głos – jej wokaliza rośnie z minuty na minutę w siłę by w końcu zejść jakby na dalszy plan i oddać pola męskiemu chórowi. Niezwykła pełna emocji wokaliza współbrzmiąca wspaniale z prostą elegancją muzyki. Dla mnie najbardziej przepyszny fragment płyty , również wykorzystany w serialu Cosmos".
Ale kiedy myślimy że wszystko już wybrzmiało przechodzimy do “Aries" pełnej eksplodujących orkiestracji. Ten pełen splendoru i mocy utwór konczy się gwałtownie i wpada w delikatną melodię
"A Way" w spokojny, stonowany sposób zamykającą album co kontrastuje z jego początkiem. Delikatność tego utworu pozwala słuchaczowi ochłonąć po porcji muzyki jaką serwuje V. Konczy się niepostrzeżenie wyciszeniem.
Mamy tu kreację szerokiej wariacji nastrojów i kontrastów co tłumaczyć należy tytułem – płyta koncepcyjna opowiadająca o przepaści między dobrem a złem.V uczynił to poprzez wysublimowaną i wyszukaną w każdej minucie tej płyty muzykę.
Nie da się jednoznacznie zaszufladkować tej płyty –czasami symfoniczny, momentami etniczny mocno progresywny jest dziwnym i pięknym zarazem eksperymentem nigdy więcej przez V nie powtórzonym a zarazem to podwalina pod kolejne arcydzieła oparte na chórze i harmoniach, które odnajdujemy w Opera Sauvage i Chariots Of Fire (10.27/10)

Vangelis, piano (Bösendorfer),, Moog, Fender Rhodes, synthesizers, percussion, drums; Arranger, Main Performer, Producer
Jon Anderson, vocal;
Vana Veroutis, vocal; na "12 O'Clock
English Chamber Choir, vocals conducted by Guy Protheroe
Alan Lucas Engineer
6.CHARIOTS OF FIRE(1981)
Rydwany Ognia (1981) napisane przezy Colina Wellanda i wyreżyserowane przez Hugha Hudsona oparto na prawdziwych wydarzeniach; przygotowaniach brytyjskich biegaczy do letniej olimpiady w 1924 roku. Pierwotnie filmowcy zdecydowali, że muzyka będzie odniesieniem do epoki w której dział się film i wykorzysta się melodie z lat dwudziestych . Ale reżyser Hugh Hudson chciał móc pracować nad muzyką z “żywym” kompozytorem .W 1980 roku współpracował przy kręceniu reklamówki samochodu Fiat Strada z niejakim Vangelisem , który zaaranżował tam na nowo jako melodię fragment Wesela Figara Rossiniego. Hudsonowi podobały mu się też utwory z płyty Opera Sauvage, które chciał nawet wykorzystać w filmie. Ściągnięcie V do realizacji filmu w jego wczesnym stadium było bardzo znaczące. V będący zarówno kompozytorem , aranżerem, i wykonawcą mógł zastąpić całą orkiestrę swymi keyboardami a zarazem błyskawicznie zmieniać, adaptować swoją muzykę aby uzupełniała się z nastrojami filmu. Na wczesnym etapie muzyka V była używana jako robocze tracki do chwili kiedy film miał być montowany. Wymogi muzyki filmowej słychać choćby przy ilustracji treningów Abrahama. Kiedy syntezatorowe zawijasy towarzyszą jako wspaniały akompaniament krokom Harolda, nagle zostają wyciszone i oddalone na drugi plan by można słyszeć dialogi.
Producent David Puttnam nie przykładał do niej aż takiego znaczenia, lecz kiedy nowy, pulsujący temat Titles połączono z obrazem biegaczy na plaży nic nie mogło zaprzeczyć nastrojowi który został stworzony. Twórcy obrazu oniemieli kiedy V przedstawił kolejne melodie towarzyszące tej historii. David Puttnam stwierdził potem :gdyby wyodrębnić pojedyńczy bardzo ważny element rzutujący na wartość tego filmu to byłaby to muzyka. Scenarzysta filmu Colin Weland zaś dodaje: w 40 procentach do sukcesu filmu przyczyniła się muzyka.... Przypomnę tylko, że film był nominowany do 7 Oskarów a otrzymał 4 statuetki w tym dla najlepszego filmu i najlepszej muzyki. Nikt poza V ze świata el muzyki nie otrzymał tej nagrody do dziś... Na pewno zainteresowanie tym filmem głównie podtrzymuje muzyka V –. Chariots of Fire' jako film bez niej byłby tylko dziełem dzięki niej zyskuje inny metafizyczny, poruszający serce wymiar arcydzieła. V doskonale uchwycił w swych kompozycjach nadzieje i marzenia ówczesnej generacji młodzieży. Ta muzyka wyraża człowieczeństwo w jego wzorcowym znaczeniu i te wszystkie szlachetne cechy , które dziś są tak niemodne-odwagę, poddawanie się zasadom fair play, wiarę w czyste współzawodnictwo , determinację. Ścieżka dźwiękowa znakomicie uwypukla wizję prostych, nostalgicznie pojmowanych czasów , kiedy kilku młodych ludzi używało życia i biegało dla chwały czystości sportu.
Kiedy ten soundtrack ukazał się był unikatem. Rzadkie i ekstrawagancje było używanie muzyki syntezatorowej w filmach. Pojawiały się keyboardy głównie w filmach ciążących ku SF . V przetarł muzyce elektronicznej drogę do kariery w X muzie.
Muzyka ta zdobyła sobie aplauz ze względu na proste, ładne melodie i sposób w jaki V używał syntezatorów do orkiestracji które dawały poczucie że to nie jeden człowiek wygrywa te kompozycje ale cała orkiestra symfoniczna.

Otwierający płytę "Titles," to niezapomniany standard, który stał się jedną z najpopularniejszych melodii wszechczasów na miarę tytułowych tematów z Stars Wars czy Różowej Pantery. Nadal robi niesamowite wrażenie. Pulsujący dźwięk syntezatora , na tle którego pojawia się czyste, na swój sposób szlachetne brzmienie wygenerowanego tzw. francuskiego rogu nagle wspartego ścianą dźwięków z fortepianu i instrumentów perkusyjnych. Przypływy i odpływy syntezatorowego podkładu i w końcu porażająco piękna solówka na fortepianie plus orkiestracje. Ten utwór wzbudza emocje do dziś – prawie pompatyczny, ale nie kiczowaty, bardzo wzniosły , określający znakomicie opowieść filmu – czyli sport jako ideę czystej, nieskalanej złem rywalizacji. Znakomicie uchwycił wszystkie emocje towarzyszące filmowi , wzmagając je a nawet tworząc obywającą się bez obrazu wspaniałą symfoniczno elektroniczną fantazję. Temat tytułowy można też rozpatrywać jako opowieść o sprincie w zwolnionym tempie –początek to napięte mięśnie w blokach, eksplozja muzyki to start, fale syntezatora to ciężki oddech a melodia fortepianu to czysty fizyczny wysiłek towarzyszący dystansowi biegu, który w końcówce jest wielokrotnie powtórzony z wyraźnym zejściem w dół-to meta i wytracanie pędu ciała.
"Five Circles" mistyczny, tajemniczy utwór gdzie powolne wietrzne pasaże syntezatorowe kierują nas ku kontemplacji . "Five Circles" sugeruje spokój wewnętrzny połączony z duchowością. Powolny nastrojowy temat, zgrupowany w na dwóch nutach, wyraża osobowość Abrahama –tak jak ten był cichy i metodyczny w przygotowaniach do wyścigu tak i utwór jest ascetyczny w wyrazie, mający w sobie coś z pieśni kościelnych, przez co bardzo piękny .
"Abraham's Theme"- stonowany i w formie i wyrazie –minimalizm oddaje naturę i osobowość Abrahama. Dźwięk dzwonków brzmi prawie smutno ale bliżej mu do wyciszenia towarzyszącego refleksji uzyskanej głownie dzięki brzmieniom Fender Rhodesa.
"Eric's Theme" Pełen gracji –przejrzysta intensywność brzmienia pulsujących dźwięków basu, bębnów i cymbałek. Ten splendor i przepych kompozycji odzwierciedlają charakter Erica. Brzmienie jest lżejsze i odnosi się do muzyki szkockiej z odrobiną religijności określający ducha charakteru biegającego dla boskiej przyjemności. Muzyka jest wysmakowanie zaaranżowana i jest jednym z najlepszych przykładów jak V kreuje duże orkiestrowe brzmienie przez kombinację syntezatorów z akustyką instrumentów perkusyjnych. Mamy więc olbrzymie crescendo, ulegające modulacji , które w końcu zastępuje kolejne potężne crescendo.
"100 Meters" Znowu w zwolnionym jakby tempie mamy całą gamę dźwięków brzmiących niczym kosmiczne misterium –jakby zadawano pytanie dla kogo biegam? Brzmi prawie jak wycinek Beaubourg. Abstrakcyjna muzyka uchwyciła wysiłek biegaczy i ich przygotowania do wyścigu jak i pełnię chwały igrzysk. Utwór przechodzi płynnie w chorałową orkiestrację Jerusalem w jej tradycyjnym brzmieniu odpowiadając jakby na pytanie z 100 Meters. Utwór ten miał wielkie znaczenie dla historii Harrego Abrahamsa w filmie dlatego to powód że ta kompozycja znalazła się na soundtracku . Jest to hymn anglikański skomponowany przez Sir Charles’a Huberta Parry (1848-1918) wykorzystujący jako tekst poemat Williama Blake’a, The New Jerusalem, gdzie w tekście pojawia się rydwan ognia użyty do zatytułowania filmu. Utwór uzyskał jedynie delikatny, nienarzucający się syntezatorowy podkład.
Strona B wersji winylowej a w wersji cd utwór ostatni to epicka ponad 20 minutowa suita, majestatyczne zwieńczenie krążka. Eteryczny, delikatny utwór z momentami pełnymi mocy prawie hymnowymi rytmami –pełna gracji i majestatu kombinacja echa z fortepianu i keyboardów. Fortepianowe palcówki z poszumem syntezatorowych wiatrów przygotowują słuchacza do kolejnych przywołań elementów z wcześniejszych utworów. To swoista keyboardowa symfonia z manipulowanym rytmem , dziwnymi syntezatorowymi brzmieniami w podkładzie przechodząca w żywsze, szybsze tempo – z marszu przechodzimy w bieg by znowu zwolnić i zadumać się. Efekty echa, wiatru, spadających lopów dają wrażenie obcowania z kruchym, ulotnym przywołaniem czegoś z przeszłości – czegoś co już nie wróci.
Chariots of Fire to znak firmowy symfonicznej muzyki elektronicznej i muzyki filmowej wykorzystującej el. Swoista ikona stylu V zaowocowała doskonałym mariażem muzyki i obrazu. Uchwycił heroizm, wspaniałość i fizyczny ból biegów . Zawieszony pomiędzy pracą orkiestrową a elektronicznym nastrojem stał się arcydziełem temperowanym przez psychologiczne tematy filmu. Jakie by nie były opinie ta ścieżka dźwiękowa katapultowała V na szczyty popularności i od tej pory był często zapraszany jako kompozytor do zilustrowania kolejnych filmów. Co ważne, głównie wartościowych (Zaginiony, Blade Runner) lub do takiej rangi aspirujących, które okazały się dopiero na ekranie artystyczną porażką (Aleksander). Ta muzyka brzmi naprawdę magicznie i marzycielsko. Sposób kreowania nastrojowych melodii to głęboki wyraz jego talentu .

1 Titles 3:33
2 Five Circles 5:20
3 Abraham's Theme 3:20
4 Eric's Theme 4:18
5 100 Metres 2:04
6 Jerusalem 2:47
7 Chariots Of Fire 20:4

Vangelis Songwriter, Arranger, Producer, Main Performer, Performer, Composer, Keyboards
Raphael Preston Engineer
Harry Rabinowitz Arranger ( w Jerusalem)
Raine Shine Engineer
John Walker Engineer
The Ambrosian Singers Vocals, Performer, Choir, Chorus

Recorded at Nemo Studios London

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta

 
TEST
Awatar użytkownika

Autor tematu
spawngamer
Habitué
Posty: 2313
Rejestracja: 23 gru 2004, 15:33
Lokalizacja: Bydgoszcz
Jestem muzykiem: Nie wiem
Płeć: Nieokreślona - Nieokreślona
Status: Offline

Post #39303 autor: spawngamer » 23 paź 2006, 12:26

5.THE CITY (1990)
Vangelis nie spełnił swojej „groźby” kontynuacji cyklu zawartego na płycie Direct, co więcej wyniósł się z Aristy i trafił do East - West (WEA). Rok 1989 można by nazwać rokiem rzymskim. Wyjechał do Włoch aby zająć się muzyką do włoskiego filmu Francesco o św. Franciszku z Asyżu (muzyka nie wydana, perturbacje wydawnicze plus niechęć V do zalegalizowania tego na krążku – są bootlegi). Tamże stworzył Page Of Life, kolejną płytę z Andersonem i symfonię która nie ujrzała światła dziennego. Wreszcie w lipcu dał koncert w starożytnych termach forum Caracalla w celu zebrania pieniędzy na rzecz Italian Cancer Research. Wspomniany przeze mnie przy recenzji płyty Direct multi instrument wybudowany na potrzeby studyjne i koncertowe stał się bohaterem kolejnej płyty, która także powstała w Rzymie. Vangelis został poproszony przez Romana Polańskiego o zrobienie muzyki do filmu Gorzkie Gody ( V chwalił Polańskiego za to że ma bardzo poukładane wizje relacji obraz dźwięk co dawało mu psychiczne wytchnienie –czego nie miał przy współpracy z Scottem przy Blade Runnerze – ponoć reżyser ciągle kaprysił).V mieszkał w hotelu De La Ville gdzie także znalazł się jego sprzęt i ponoć od tak z niczego powstał tam także zapisany na tym instrumencie szkielet płyty The City jedynie obrobiony nieznacznie w Paryżu w Mega Studios. To w tym pokoju hotelowym nagrał dialogi Polańskiego z żoną a potem dał prywatny koncert wykorzystaniem Direct dla paru wyselekcjonowanych gości z tego nowego materiału m.in. dla Polańskiego. Vangelis stworzył płytę koncepcyjną w której zawarł odczucia które przynosi mu obcowanie z miastem. Płytę oparto na osi czasu –dźwięki przedstawiają życie metropolii od wczesnego świtu do późnej nocy czyli jednego dnia.
Czy aby jednego? Zwróćmy uwagę że płytę otwiera i zamyka ten sam dialog Polańskiego i Seigner . Można to rozumieć opatrznie – miasto nie ma nam nic do zaproponowania ponad codzienny cykl, który ciągle jest taki sam. Czyli ten jeden dzień to zarazem cała wieczność – zmieniają się na przestrzeni dziejów tylko odgłosy ulicy...Pytania także można mnożyć przy zagłębieniu się w temat jakie to miasto zostało sportretowane? Czy mamy do czynienia z Rzymem co byłoby najprostszą interpretacją ( niektórzy w tytule Procession dopatrują się tego potwierdzenia, że niby wskazuje to na Watykan i procesję religijną) czy może jest to obraz miasta kosmopolitycznego , pachnącego egzotyką, gdzie różne nacje, mówiące w różnych językach , ruch uliczny, klimat kawiarń, dzielnice uciech to obraz dzisiejszej rzeczywistości dużych aglomeracji, albo czy V zastosował kompilację , zlepek stereotypów z różnych miast np. Paryża (Morning Papers), Rzymu (Procession), Tokio (Twilight)? Trudno dociec ....

Dawn – To swoisty pean na temat pierwszych promieni słońca. Lekkie smaganie strun i melancholijne wstawki trąbki której towarzyszą zwiewne dźwięki imitujące marimbę, wyczarowują przed nami wzbogacone o kombinacje perkusji i rogu ambientowe cienie w jasnych, pastelowych kolorach. Wprowadzony na otwarcie płyty nastrój sennego mirażu, powoduje że ten kawałek można postrzegać jako swoistą digitalową reminiscencję klimatu muzyki z Blade Runner’a. V nie zdradza się żadnym dźwiękiem jak naprawdę odczytywać nastrój tego utworu. Utwór ten właściwie snuje się jak długie intro , wprowadzenie do właściwej melodii. Pod koniec pojawiają się dotąd nie stosowane przez V zabiegi – aby zobrazować pełniej zamierzenie płyty czyli oddanie ducha miasta V kreuje poprzez efekty dźwiękowe jego odgłosy –słychać kroki, monolog Polańskiego z żoną Seigner ("Is the city open?"-"c'est beau Romain, c'est beau"-"Are there any morning-papers yet?" -"Too early"-"a sandwich"-"Thanks"), przechodzące w Morning Papers gdzie do kontynuacji tych odgłosów dochodzi –bicie zegara, zapowiedzi z dworcowego megafonu, sygnał karetki. Wszystko to sprawia że imitacja atmosfery miasta jako takiego poprzez uniwersalne jego odgłosy nabiera kolorytu a słuchacz ma wrażenie obcowania z rzeczywistością. Ten wstęp można przyrównać do intro "Shine On You Crazy Diamond" Pink Floyd wprowadzenia pewnej atmosfery rozwiniętej w trakcie trwania płyty.
'Morning Papers' rozpoczynają kroki , odgłosy ulicy i Roman Polański proszący o poranną gazetę w kiosku. Utwór ma bardzo intymny, zmysłowy nastrój. Duża rola przypada perkusji przywodzącej na myśl styl muzyki z tradycyjnych filmów gangsterskich. Zawiera ciekawe wariacje i wprowadzające pewien dysonans (nie europejskie brzmienia fletu ), chór i linię bassową kojarzącą się z sekcją z "The Friends Of Mr. Cairo". Synkopowany jazzujący podkład perkusji i niesamowity klimat kilku nut na keyboardzie zestawionych z solówką na prawdopodobnie sample azjatyckiego fleta Schakuachi nadaje utworowi bardzo senny, wprost zamroczony klimat wibracji smooth jazzowego klubu. Coś jakby chwila po wyjściu po całonocnej balandze na orzeźwiające powietrze na pustą, dopiero budzącą się do życia ulicę – czyli gdy świta muzyczna aktywność wzmaga się poprzez instrumentarium.
"Nerve Centre", zmienia całkowicie dotychczasową otoczkę odbioru płyty. Bębny i perkusja wykorzystane w bardziej konwencjonalny sposób na pierwszym planie w korelacji z dziwną melodią z syntezatora . Pojawiają się elementy prog rocka –solo gitarowe. Poziom aktywności zniża się pod koniec utworu a solówka na gitarze wybrzmiewa niczym triumfująca konkluzja. Ten utwór zawiera żywsze rytmy –perkusja przywodzi na myśl reminiscencję "Industrial Revolution" Jarre’a –metaliczne brzmienie syntezatorowych efektów i emulowane nienaturalne brzmienie gitary elektrycznej-przedstawiają świt dnia pracy machiny biurokracji, pracę setek urzędników wypełniających biurka w śródmieściu wieżowców wielkich korporacji –utwór przerwany jest swoistą iluminacją dzwonków i dodaniem cyfrowego chóru przy pozostawieniu pozostałych imitacji instrumentów. Mój ulubiony fragment to eksplozja śpiewu chóru od 4.27. Nastrój porannej gorączkowej aktywności ludzi spieszących się do pracy, spotęgowano efektami samochodowych klaksonów. Zwraca tu uwagę zniekształcone brzmienie gitary brzmiącej jak perkusyjny podkład melodii z interesującym użyciem cyfrowego chóru jako prowadzącego dźwięku i digitalowej emulacji OBX jako solowego syntezatora.
"Side Streets" rozpoczynają efekty dźwiękowe naśladujące motocykl, linia perkusji sugestywnie sugeruje podróż drogą Ciekawy prawie taneczny rytm wybijany na perkusji na tle którego wiolonczela prowadzi główną melodię –jako ozdobniki efekty perkusyjne emulowane glosy i oszczędne w wyrazie solówki na syntezatorze. To jakby ucieczka od trybików w jakich tkwią pracujący ludzie ku spotkaniu z przyjaciółmi w Good To See You.
"Good To See You" . Bez tego utworu płyta ta uplasowałaby się poniżej Direct. Jak dla mnie przewspaniałe brzmienie saksofonu w zestawieniu z piękną melodia powoduje u mnie że mam do niego wielką słabość. Słyszymy odgłosy ulicy ale nie nerwowego okresu szczytu lecz spokojnej pory popołudniowej gdy ulice cichną a skrzyżowania pustoszeją Na ich tle wchodzi perkusja, syntezatorowy podkład i przewspaniałe saksofonowe solo. Klimat jaki w tym utworze uzyskał V jest unikalny –niby relaksujący ale podskórnie w brzmieniu saksu słychać jakąś nutkę smutku, tęsknoty za czymś innym. Banalny tekst wypowiadany przez Kathy Hill imitujący prawdopodobnie rozmowę przez telefon, odgłosy jej śmiechu, jak dla mnie symbolizują nie tyle ulotność chwil spotkań, rozmów z przyjaciółmi co bardziej pustkę wynikającą z takich kontaktów po których zostaje tylko wspomnienie a my w wielkim mieście jesteśmy tak naprawdę samotni i anonimowi w swoich czterech ścianach co być może przekazuje nam przejmujący Twilight następujący po Good To See You.
"Twilight" .Ten bardzo nastrojowy, pełen zadumy utwór otwiera szum wiatru na tle którego przejmujący głos kobiecy deklamuje po japońsku by potem pola oddać syntezatorom. Orientalna w brzmieniu melodia rozpisana na keyboardy, rozwija się w czas trwania całego utworu . 'Twilight' ma niesamowitą atmosferę jakby melodyjnego ambientu. Dodatkowego uroku i powabu tajemniczości na tle ulotnych dźwięków dodaje niezrozumiała dla Europejczyka monodeklamacja w wykonaniu Mikamo Yuko i Kimury Rieko. Refleksyjna harfa z jednostajnym podkładem efektów syntezatorowych akompaniuje późnemu popołudniu, zmrokowi –zapachom miasta unoszącym się w powietrzu przez otwarte na nadchodzący chłód nocy okno. Skąd ta interpretacja? Z tłumaczenia tekstu : Dzień przechodzi w zmierzch, to magia czasu, ten sam czas nastąpi jutro i nadejdzie kolejna magiczna chwila, tak się dzieje gdy kolory zmieniają się w aromaty a aromaty przechodzą w kolory i tak jest kiedy cienie topnieją w głębokiej melancholii.
"Red Lights" to zupełny kontrast poprzedniego utworu, gwałtowna zmiana nastroju zaskakujący zestawieniem głośnych dźwięków z rogu i perkusji. Samplowane głosy reprodukowane w manierze orientalnych zaśpiewów, a właściwie zabawy w udawanie śpiewu w stylu karaoke i syntezatorowe efekty sugerujące emulację popowego brzmienia lat osiemdziesiątych. Powtarzane słowa to O-hayashi sposób mówienia używany podczas festiwalu Matsurito naśladujący rytm z bębnów taiko . Oba wyrażenia doshita i korya sa mają znaczenie w języku japońskim ale podczas Matsuri są używane jako nic nie znaczący okrzyk publiczności. Zaskakujący utwór wydający się być bardzo trywialnym, blichtrowatym kawałkiem - tak naprawdę jest taki bo ma ukazać przez to naturę uciech w mieście – jako pustych , hedonistycznych, maskujących naszą samotność. Końcowy róg wprowadzający minorowy nastrój oznacza że każda zabawa kiedyś kończy się i wracamy do niechcianej rzeczywistości –stąd połączenie tych ostatnich akordów z epicką Procession.
Ostatni, najdłuższy utwór to wspaniałe zwieńczenie płyty powoli podnoszące napięcie w którym wiolonczela powraca na pierwszy plan. Niebanalna melodia wspomagana jak zwykle znakomitymi samplami i podgłosami chóru plus w końcu znak rozpoznawczy V. charakterystyczne orkiestrowe brzmienia. Głęboka noc ma w sobie moc oczyszczenia z hałasu dnia codziennego w mieście. Jest czysta i silna. Następuje zaskakujące przejęcie roli wiolonczeli przez akordeon i wprowadzenie patetycznego tonu poprzez werble w stylu wojskowym, które zostają wyciszone i w końcu symbolicznie, jako uzmysłowienie że wszystko zatacza krąg powtórzenie efektów i dialogu z Morning Papers spinających klamrą całą płytę.
The City jest niczym soundtrack – swoistą muzyką dla wyobraźni – refleksyjna opowieść o miejskim życiu wspaniale łączy w kompleksowy przekaz to jak miasto może być miłe, przyjacielskie a zarazem mroczne i odpychające. V maluje różne nastroje – strząsa senność i rusza poprzez ruchliwe ulice i promenady aby wrócić do domu i zainicjować proces od początku. City jest zarazem zmysłowe – poprzez wyszukane rytmy i jakość i malarskość dźwięku i melodii stworzonych przez mistrza. Znakomicie wykorzystuje cyfrowe brzmienia do opisania owej metropolii. Jeden z najlepiej oddanych dźwiękowo obrazów miasta według mnie ciekawszy od Blade Runner do której jest zresztą kilka przywołań i reminiscencji tyle że tu podanych jako esencjonalne składniki . Płyta jest bardziej minimalistyczna niż Direct –jako dekoracje użyto urywki rozmów, efekty dźwiękowe Tu zwraca zwłaszcza interesujące wykorzystanie azjatyckich wpływów poprzez użycie słów czy efektów dźwiękowych. Sample dźwięku monet, rozmów odgłosów ulicy budują bardzo sugestywną atmosferę miasta, uromantyczniają i odpowiednio budują nastrój ––słychać że ten album był tworzony głównie w nocy , w otoczeniu dźwięków jakie przynosi jej cisza - słychać że urzekła go. Co ważne przy efektach, płyta ta jest znakomita od strony realizacji w czym zasługa Frederica Rousseau, inżyniera dźwięku i też el muzyka (polecam Spirit In The Woods) co szczególnie uwypukla się w Dolby Surround. Vangelis rozwija na tej płycie i czerpie z różnych stylów jazz (2) rock (3) new age (5, 6). Instrumentarium oparte jest na syntezatorach, ale brzmienie bardzo różnorodne [trąbka 1, gitara 3, wiolonczela 8]. Tym bardziej więc warto poznać ten muzyczny portret mistycznej podróży ulicami miasta. Miłośnicy muzyki elektronicznej z pewnością nie będą zawiedzeni.(10.35/10)
1. Dawn (4:16)
2. Morning Papers (3:55)
3. Nerve Centre (5:30)
4. Side Streets (4:12)
5. Good to See You (6:51)
6. Twilight (4:57)
7. Red Lights (3:55)
8. Procession (9:33)
Vangelis / all instruments Arranger, Producer, Main Performer
Mikamo Yuko and Kimura Rieko / voices on "Twilight" and "Red lights"
Kathy Hill / voices on "Good to see you"
Roman Polanski and Emmanuele Seigner / footsteps and voices
Philippe Colonna Engineer
Frederick Rousseau Engineer
Alain Marnat Mastering
Florian Assistant Engineer
Ras Baboo Assistant Engineer
4.SPIRAL (1977)
Otwierający album tytułowy Spiral rozpoczynają proste dźwięki, które można nazwać loopem tamtych czasów, wibrujące, wirujące wokół nas idealnie naśladujące spiralę albo właściwie ruch po niej. Zostają one przyciszone i słychać stopniowany , narastający motyw symfoniczny z dodanym dzwonem rurowym przypominającym Tomitę z Pictures At An Exibition. Wielokrotnie powtarzany ma pompatyczne, doniosłe brzmienie. Im bardziej melodia się rozwija tym rytm staje się szybszy. Syntezatory przyspieszają tempo podkładu na tle którego V wygrywa solówkę na keyboardzie podobną do tych z Albedo 0’39 o konotacjach prog rocka wspartą wstawkami instrumentów perkusyjnych jako ozdobników ( pojedyńcze uderzenia, talerze ) by w końcu prawie że galopadę gwałtownie urwać. To jeden z najsłynniejszych tematów V często wykorzystywany w TV ( u nas telewizyjne Studio Sport ), stworzony z brzmienia podobnego do trąbki brzmiącej dość nienaturalnie bo kreowanej z syntezatora. Utwór jest powalający; wymiatające kaskady elektronicznych dźwięków robią wrażenie zwłaszcza przy słuchaniu przez słuchawki. Chwytliwy , atmosferyczny pełen biegle stworzonych ozdobników: sekcja wypełniająca ostatnie dwie minuty to czysta muzyka progresywna wygenerowana przez syntezatory , doprawiony bębnami, kotłami, dzwonkami, i innymi instrumentami perkusyjnymi. Słuchacz zostaje zaskoczony nieskończonym, pełnym splendoru loopem: wywierającym dramatyczne wrażenie, prowadzonym na keyboardach łączących nastrój symfoniczno –hymnowy. Spirala jest odzwierciedleniem nieskończonego ruchu wszechświata. Słychać coś jak właśnie wirujący w spirali dźwięk zrobiony w jak na ówczesne czasy nowoczesnej technologii, które V umiejętnie wplótł w swe muzyczne pejzaże. Pełen mocy, poruszający utwór jest wspaniałym wprowadzeniem w dalszą zawartość płyty.
Mocne , głośne dźwięki zastępuje rozlewający się leniwie pejzaż barw, nastrojowe intro do Ballad rozwija się wolnym rytmem, wspartych gwałtownie silniejszą partią muzyki która zostaje wyciszona a na tle wielce nastrojowego podkładu pojawia się jako akompaniament zwokoderowany głos ludzki podśpiewujący jakieś niezrozumiałe onomatopeje. Słowa są nie do rozszyfrowania. Można rzec że nie mają znaczenia w myśl słów Vangelisa –Obraz to poezja bez słów , poemat jest wyobrażeniem bez obrazu, a muzyka jest jednym i drugim. Niesamowity klimat zostaje wzmocniony – pojawia się coś na kształt refrenu poprzez mocniejsze granie –pasaże na CS80 niezwykłej urody zdecydowanie pasują do obrazku rozgrzanej plaży , spokoju, relaksu ale i zarazem jakiejś zadumy...około szóstej minuty melodia przechodzi bardziej w improwizację by powrócić na końcu do głównego wątku. Kompozycja składa się z większej ilości brzmień niż melodii. Utwór to kontrast do Dervisha D – tutaj mamy instrumentalną balladę, która wycisza nastrój po rozbudzającej Spirali – eksplorując bardziej intymne nastroje, z wpływem interakcji pomiędzy elektrycznym pianinem a syntezatorami wprowadzającymi romantyczne niuanse. Mamy tu ulotny, impresjonistyczny kolaż dziwnych wokaliz, z bluesowo nastrojonymi syntezatorami.
Dervish D zainspirowany jest tańcem derwiszów , którzy poprzez obracanie się wokół własnej osi w tańcu odzwierciedlają wirowanie wszechświata. To kolejny bardzo rozpoznawalny utwór. Bardzo dynamiczny wstęp kontrastuje z poprzednią melodią opartą na instrumentach perkusyjnych którą przełamuje pasażami na syntezatorze –zwróćmy uwagę że gdyby nie podkład bliżej byłoby glissandom V do eksperymentalnej Beauborg niż do melodyki jego innych dokonań– znowu pojawia się tematy przypominające coś jak refren i zwrotki jakby to był album z piosenkami bez słów. Warto odnotować dużo łagodnych dodatków przypominających delikatny w odbiorze wibrafon. Podobny do Spiral, ale odrobinę szybszy , ma 'loopa', w linii melodycznej granej na jej szczycie. Melodia pozostaje niezmienna tylko zmienia się w górnych partiach co jest bardzo efektowne. Dervish D’ to prawie popowy najbardziej zorientowany na ten kierunek muzyki na płycie utwór z chwytliwym motywem i powracającą sekwencja syntezatorową, gdzie można odnotować najszybsze tempo.
Powolne uderzenie basu rozpoczyna To The Unknown Man. Temat rozwija się powoli poprzez konwersację linii basowej z główną melodią; od powtarzania motywu przewodniego przechodzącego przez syntezator na wyższe tony. Po wybrzmieniu całej frazy, dochodzą nowe podkłady , instrumenty - przypominające chór brzmienie syntezatora, trąby, w końcu na pierwszy plan wchodzą werble przełamujące kompozycję. Kiedy pojawiają się owe werble bardzo militarne brzmienie przypomina pogrzeb nieznanego żołnierza. Czyżby ten utwór dotyczył ciągłych wojen? Następnie powraca główny temat, który tym razem oblany jest keyboardowymi brzmieniami przypominającymi późniejsze symfoniczne podkłady V, które pozostają ale zmienia się melodia. Od 6.30 pojawia się spokojny rytm perkusyjny. W finale ten perkusyjny bit ulega zelżeniu abyśmy mogli ujrzeć w pełni cały operowy obrazek gdzie zakręcone arrpeggiatory wywołują surrealistyczne wyobrażenia niczym kosmiczna interpretacja Ravela. Doniosłe powagą brzmienie jest charakterystyczne dla tego utworu stworzonego jako rodzaj symfonicznego poematu, mieszanki spokoju, melancholii i majestatycznej celebry ; pogrzebowy rytm wzbogacono przez dodanie różnych tekstur i orkiestracji biegle wprowadzonych do utworu. Jest tu splendoryczno - bombastycznie, prawie wagnerycznie. Mamy tu mieszankę nowoczesnych wpływów i melodii z keyboardów; Vangelis później rozwinął to brzmienie co da się choćby usłyszeć na Opera Sauvage. Zarazem "To the Unknown Man", można postrzegać jako kolejnego prekursora Titles z Chariots Of Fire z imitującym marsz bitem i ze strukturą przypominającą ten hit.
3+3 tytuł prawdopodobnie wziął się od rytmu utworu. Składa się jakby z dwóch melodii z których pierwsza powraca na końcu . Pierwsza melodia w typowym V stylu : melodia jest prosta i powtarzana coraz to wyżej. Druga melodia to kombinacja brzmień orkiestrowych z solo upodobniającym się do organów. Brzmi to prawie jak blues na syntezatorach. W finale mamy
bardzo melodyjny kompleks sekwenserów wymieszanych z partiami syntezatora i orkiestracji."3 + 3" to kolejny temat przedstawiający ideę spirali z niezwykłymi sekwencjami i chórami w stylu progresji.
"Heaven and Hell" był Vangelisa przełomem, tak Albedo 0’39 a zwłaszcza ten album ugruntowały popularność V. Oprócz cieszących się do dziś dużą rozpoznawalnością melodii zawartych na tym albumie swoistą ikoną stylu V stała się okładka tej płyty czyli wtyczka od mikrofonu układająca się w wężowy kształt wyłaniająca się spośród chmur błękitnego nieba. To chyba jedna z najciekawszych okładek jeśli nie najlepsza z tamtych czasów. Kabel to odzwierciedlenie techniki lecz jego usadowienie w chmurach i to że przypomina kształtem żywe stworzenie zdają się mówić : nowoczesna technologia nie musi być bezduszna; można nią kreować obrazy i barwy, które dają ludziom radość a zarezerwowane dotąd dla tradycyjnych środków wyrazu.
Vangelis swymi eksperymentami pchnął elektronikę na nowe tory. Można rzec że V był prekursorem space music – zwróćmy uwagę choćby na użycie echowych brzmień jak ten na arpeggiatorze w tytułowej kompozycji. Arpeggiatory zresztą znakomicie są użyte także i na 3+3. Struktury są dynamiczne a utwory bardziej wyszukane i skomplikowane. Keyboardowe przedstawienia są nadal bardzo efektowne .Wyraźna transgresja w muzycznym rozwoju ku pełnym dźwiękowym pejzażom , szczególnie w To The Unknown Man to dowód artyzmu. Vangelis w tym okresie już popadał w rozbudowane orkiestracje ale to wysublimowany przykład rozumienia kiedy przed tym należy się powstrzymać w aranżacjach. Po Spiral, styl Vangelisa zmienił się w bardziej gładki, melodyjny , syntezatorowy, z bliższą relacją pomiędzy muzyką klasyczną a elektroniczną. Yamaha CS-80 stała się nieodłącznym emploi związanym z postacią V .Myślę że to kamień milowy w jego karierze, który wypromował go poza wąskie grono miłośników el muzyki. Pytany o sukces albumu odpowiedział : "Próbowanie stworzenia albumu sukcesu jest błędem. Próbować być prawdziwym wobec siebie to sukces”. Spiral” wyłapuje i powraca do ducha wcześniejszych dokonań ale zarazem zdaje się być materiałem bardziej przemyślanym i zwartym – zdaje się ascetycznie doskonale perfekcyjna w kompozycjach, pomimo że nie osiągnął tego samego poziomu ekscytacji w większości epickich pasaży w stosunku np. do Heaven And Hell ( można zarzucać mu pewną kliniczną precyzję) ale kompozycje są tu bardziej zwarte , cały album przypomina monolit , gdy na wcześniejszym, porównywalnym brzmieniem i stylem Albedo 0’39 pojawiają się zgrzyty. Konkludując “Spiral” stoi na pozycji absolutnego klejnotu muzyki elektronicznej - łączy ekspresję i muzyczne ambicje wczesnego V z awangardą i symfonicznym prog rockiem i zarazem jest wzorcem jak zrobić doskonała płytę z el muzyką. Spiral udowadniał że użycie keyboardów nie polega na włączeniu przełącznika tylko na „on” ale i na tym ze artysta może z nich stworzyć nowoczesne arcydzieło, nie nużące słuchacza bełkotem dźwięków. Płyta ta to prawie patetyczny sposób wyrażania emocji zawierająca pięć perfekcyjnie dopracowanych dźwiękowych malowideł arcydzieł obracających się wokół tytułowego tematu spirali. Jeśli można mówić że są dla mnie jakieś lepsze od tej płyty dzieła V to tylko z czysto emocjonalnych powodów - to kwintesencja muzyki spod znaku ME, której płyty V są podwaliną. (10.4/10)

1. Spiral (6:55)
2. Ballad (8:27)
3. Dervish D (5:21)
4. To the unknown man (9:01)
5. 3+3 (9:43)

Vangelis / keyboards, multi instruments, arranger, producer, design, sleeve design
Jack Wood Art Direction
Veronique Skawinska Photography
Marlis Duncklau Assistant Engineer
Keith Spencer-Allen Engineer
Michael Hudson Graphic Design
Michael Plomer Photography
Nagrano w Nemo Studios
3.FRIENDS OF MR CAIRO (1981)
Przełom roku 1980 i 1981 to najbardziej produktywny etap w karierze V. W marcu 1981 wydano Chariots Of Fire a w maju płytę która powstawała równolegle – Friends Of Mr Cairo.
Pierwsze tłoczenie tej płyty oprócz innej okładki (czarno białe , niewielkie zdjęcie duetu zastąpiono kadrem z videoclipu Friends Of Mr Cairo) i różniło się także zawartością jak i ułożeniem kompozycji. "I'll Find My Way Home" wydano jedynie na singlu który okazał się wielkim przebojem (pierwsze notowanie „naszej” listy przebojów trójki Marka Niedźwiedzkiego –miejsce pierwsze) stąd Polydor podczas reedycji która miała miejsce już po niecałym roku dodał ten utwór do tracklisty płyty i zmienił także poprzednią konfigurację utworów. Utwory ze stron A i B zamieniono i tak utwór tytułowy, Back To School i Outside Of This przeniesiono na koniec płyty, zaś State Of Independence, Beside i suitę Mayflower pierwotnie zamykającą płytę przeniesiono tuż po "I'll Find My Way Home". Wydanie cd zawiera taki też program jak i nową okładkę gdzie można znaleźć info Includes I'll Find My Way Home. Oczywiście te czysto marketingowe zabiegi były po to aby wytwórnia na fali zainteresowania muzyką V po otrzymaniu przez niego Oskara za „Rydwany ognia” mogła zarobić jeszcze więcej pieniędzy.
Jon Anderson od momentu poznania Vangelisa w 1975 w Marble Arch, gdzie tenże mieszkał i miał swoje studio pojawiał się gościnnie na jego płytach co jakiś czas. A to zaśpiewał na Heaven & Hell , a to zagrał na Opera Sauvage. Przyjaźń ta muzycznie w końcu eksplodowała wspólna pracą jaką były Short Stories. Tytuł dobitnie podkreśla charakter płyty jaki i tempo jej powstania... Short Stories nagrano w jednym ciągu (!) na taśmę tak że żaden utwór nie ma dwóch wersji-jedyną rzeczą która ewoluowała były teksty. Był to zamierzony zabieg , gdyż jak sami twierdzą ich celem było bycie szczęśliwym i to aby mieć dużą frajdę, dobrą zabawę, z tworzenia muzyki bez wyznaczonego celu. Muzyka była na tyle improwizowana i spontaniczna że nazwali swe przedsięwzięcie Spont Music. Co ważne, obaj uważali że są ze sobą kompatybilni gdyż mają podobne romantyczne dusze, i podobny temperament stąd duża radość ze wspólnych muzykowań.
Panowie spotkali się ponownie w Paryżu, gdzie byli zaangażowani przy realizacji cudzych projektów a że obaj jak się okazało mieli wolny czas z radością spędzili 4 dni na wspólnej sesji w Davout Studio gdzie pośpiesznie wypożyczono dla Vangelisa syntezatory z paryskiego Musicland. Dwa dni improwizowali czyli V grał a J śpiewał teksty z których większość powstawała na bieżąco a potem dopracowywali to co stworzyli. V zmiksował wybrane najciekawsze fragmenty na płytę już u siebie w londyńskim Nemo Studios stąd oba miejsca wymienione jako miejsce powstania krążka. Vangelis twierdził ponownie że pracował z Jonem dla odmiany a zarazem bo lubił pracę z nim i czuł z nim wyjątkową nić porozumienia. Nie interesowało go przemyślane przygotowywanie materiału ale ów dreszczyk emocji co powstanie z owego jam session?
No właśnie. Co powstało?

I'LL FIND MY WAY HOME to budująca pieśń o tym ze nie należy się poddawać przeciwnościom losu i zawsze mieć nadzieję.
W warstwie muzycznej cały utwór oparto na brzmieniu wysokich dźwięków przypominających trochę podkłady wczesnego Kitaro. Dźwięki są miękkie, nienatarczywe, miłe dla ucha. Falset Andersona pogłębia tą atmosferę spokoju gdzie nawet wstawki perkusyjne są wyciszone gdzieś do 1 minuty. Efekt pogłosu w śpiewie Andersona wzmocniony jest dochodzeniem kolejnych brzmień z syntezatorów. intensywniejszy podkład muzyczny, pewne wzmożenie można odczuć przy śpiewie że przyjaciele są po twej stronie (1.42)– melodia nabiera poprzez instrumentarium i inny bardziej mocny śpiew swoistego animuszu.
Od 2.33 Vangelis wychodzi na czoło dając popis swoich umiejętności jako kompozytora i aranżera zawierając w swej solówce jakby streszczenie całego utworu z ciekawym chórkiem Andersona , dochodzi też automat perkusyjny z którego rozlegają się uderzenia wzmacniające klimat czegoś bardzo doniosłego – całość melodii nabiera jakby metafizycznego, kosmicznego wymiaru (słychać resztą taką imitację jakby startu w gwiazdy 2.12). głos i dźwięki przechodzą wyżej i porywający nastrój oblany feerią brzmień urywa się by przejść w kilkusekundową zabawę wysokimi dźwiękami
Ten swoisty hymn-wzniosły i uduchowiony oparto na prostej melodii powtarzającej wysoko ustawioną 4 akordową figurę wzdłuż zwielokrotnionych wokali Jona co daje piorunujący efekt. Dodatkowo ową kosmiczną, unoszącą się w przestrzeni muzykę wzmacnia doskonały tekst.
"I'll Find my Way Home" posiada swój klip wykreowany na potrzeby BBC do programu "Top of the Pops" gdzie Jon i Vangelis udają że grają na fortepianie i banjo na przeciw rozentuzjazmowanej publiki co jest dość zabawne bo nie słychać tych instrumentów w utworze.( Wideo to do zobaczenia także z Friends Of Mr Cairo na bootlegu Video Rarites )
STATE OF INDEPENDENCE –rozpoczyna nieskoordynowana improwizacja na instrumenty perkusyjne i saksofon przechodząca gładko w melodię opartą na pokładzie z syntezatora przypominający trochę utwór Spiral, i instrumenty perkusyjne gdzie głównie słychać bongosy . V oparł cały utwór na powtarzalności pewnych cyklicznie wplecionych ozdobników ( syntezatorowe efekty, elektryczny fortepian) a także duże pole do popisu ma w ciekawej solówce saksofon. Anderson śpiewa głównie przeciągle tworząc jakby kontrapunkt do brzmień muzyki. Wyraźnie słychać że utwór ma charakter swoistej zabawowej improwizacji w stylu zwolnionego w rytmie karaibskiego calypso ( w tekście pojawia się zdanie klucz” Coming up-Carabi-this sense of freedom,Derives from a medative State”), co potwierdzałoby choćby zakończenie gdzie słychać oklaski, śmiechy i komentarze osób towarzyszących nagraniu i to że nagle po skończeniu melodii saksofon i inne instrumenty , jakby ciągnąc zabawę intonują już czysto latynoamerykańskie rytmy. Całość ma więc znamię spontanicznego jam session którego twórcy nie omieszkali kulisy odkryć. W warstwie tekstowej piosenka ta ma charakter nazwijmy to wizji z trzecim światem w tle. Zresztą z tekstami Andersona jest najczęściej tak jak określił to znany yesomaniak Marek Jedliński: Chciałem zostać anglistą w dużej mierze dlatego, żeby zacząć rozumieć teksty Andersona. Ale kiedy "zostałem anglistą" zrozumiałem, że ich się zrozumieć nie da. Utwór ten doczekał się covera wykonywanego przez królową disco Donnę Summer.
BESIDE –rozpoczyna solo fortepianowe, do którego dołącza kolejny wspaniały instrument– głos Andersona swobodnie operujący swym charakterystycznym falsetem. Gdy milknie, V pochłania nas solówką na syntezatorach z miękkimi, delikatnymi dźwiękami. Pojawia się znowu Jon i kojące, bardzo mile dla ucha brzmienie wibrafonu, trójkąta. Partie fortepianowe na przemian z wibrafonem to piękny dialog powtarzany na tle Jona śpiewającego kilkakrotnie „turning again” coś jak riposta wibrafonu na glos Jona. Od 3,44-pełna melancholia, można kontemplować piękno kompozycji.
Teksty są znów zawikłane. Czy to pieśń miłosna czy raczej tekst o zabarwieniu religijnym? Takie same wątpliwości i odczucia napotykam przy I’ll Find... który też brzmi jakoś tak niczym hymn kościelny. Co ciekawe w tekstach motyw powtarzający się to postać przyjaciela, którą Anderson nagminnie przywołuje.
Utwór ma symfoniczny, stopniowo narastający , intensywny nastrój a wokale Andersona , świetnie korespondują z muzyką tworząc nastrojowy klimat .
MAYFLOWER- senny początek, oparto na nieharmonicznych dźwiękach, głosie Andersona i samplach fal morskich. Po chwili echowy śpiew rozlega się na tle improwizowanych pojedynczych dźwięków, by przejść w glissando syntezatorowe plus fortepian. Atmosferę utworu oparto głównie na interpretacji tekstu przez Andersona; nawet w silniejszych partiach śpiewu syntezatory nadal są wyciszone, jakby były cały czas na dalszym planie. V ubarwia jedynie całą kompozycję odgłosami adekwatnymi do tematyki utworu: szumu morza, żagli i czytanym przez narratora(Coker) tekstem po którym muzyka zostaje wzmocniona przez automat perkusyjny by przejść do keyboardowych pasaży i odgłosy morza zastępują rozmowy kosmonautów utwór kończy się bardzo długim wyciszeniem co dodatkowo, zupełnie przypadkowo zważywszy na pierwotne ułożenie listy utworów, wzmacnia efekty rozpoczynające następny utwór.
Słychać typowe słodkie fortepianowe brzmienia Zwiewne syntezatory znakomicie korespondują i perfekcyjnie dopasowują się do zwielokrotnionego echem krystalicznie czystego głosu Jona. Kompozycja zaczyna się powoli a keyboardy zaczynają intensywniej majestatycznie nasycać wolną przestrzeń tylko gdy glos A milknie.
Atmosfera utworu podyktowana jest tekstem którego interpretacja na szczęście jest prosta, gdyż liryki są poukładane w sensowną zrozumiałą poukladaną całość.
Mayflower –taką nazwę nosił pierwszy statek z osadnikami w Ameryce, który wyruszył z Plymouth w 1620 roku, i per analogiam Anderson wywodzi że statek przemierzający w przyszłości kosmos z grupą pielgrzymów z ziemi poszukujących nowego lądu nosił będzie to znamienne miano. I muzyka i tekst to znakomite uchwycenie samotność ludzkiej egzystencji, desperację w odnalezieniu nowego domu, i alienacyjny efekt nowoczesnej technologii gdzie grupa dryfujących w kosmosie ludzi nie jest zdolna porozumieć czy powrócić na ziemię.
FRIENDS OF MR CAIRO - klakson hamowanie samochodu serie z automatu –dla mnie jedenastolatka było to olbrzymie przeżycie. Takiej muzyki nie słyszałem nigdy . Pod nieobecność brata zabrałem jego Grundiga i kasety magnetofonowe do swego małego pokoju i oniemialem jak usłyszalem ten utwór.W końcu pojawia się muzyka rytm wybijany na bębnach i dyskretny podkład syntezatorowy na tle którego rozlegają się dialogi dwojga aktorów. Jakże sugestywnie odegrane. Dal mnie dziecka nieznającego angielskiego ich gra głosem mówiła wszystko; ona się boi , prosi go o coś, on twardziel podniecony tłumaczy jej coś świstają kule, słychać jeszcze jeden męski głos, ale jakiegoś wymoczka, sygnały policyjnych syren, strzały rozbija się wóź i wtedy wchodzi mocno czysty głos Andersona....
Sally Grace i David Coker dali tu popis swoich interpretacyjnych możliwości i zagrali swymi głosami wszystkie postaci zarówno w opowieści gangsterskiej (Coker aż 3 różne postacie ) jak i wtręcie z arabskim love story. Zrobili to na tyle znakomicie że mamy wrażenie że to naprawdę mówi kilka osób i co ważne, robią to w idealny sposób naśladując sposób grania w kinie gangsterskim tamtych czasów.
Scenki rodzajowe przeplatają się z wokalnymi popisami Andersona w ciekawy sposób ubarwiając całą suitę. Trudno sobie wyobrazić aby tych dialogów zabrakło: Gangster Frankie chce zostawić ciężko rannego Johnny’ego i tłumaczy się z tego przed dziewczyną , ta nie zamierza opuszczać rannego kompana, zaś sam zainteresowany stwierdza że nie mam sensu go targać. Frankie dalej perswaduje dziewczynie pozostawanie w tym miejscu, na zewnątrz czeka kumpel w samochodzie dziewczyna się boi że gliniarze wejdą i zabiją ich zwłaszcza że nie mają broni. Frankie znowu tłumaczy że mają trzy miliony w puszce i trzeba uciekać , najwyżej matce rannego wyśle 1/3 łupu, dziewczyna łka żeby tego nie robił. Po chwili Frankie dyryguje że wybiegną przez drzwi wystrzeliwując jednocześnie ( jakaś niekonsekwencja w tekście-dziewczyna mówiła że nie mają spluw- może zamierzona ? W filmach gangsterskich nie chodziło o logikę...). wtedy wchodzi śpiew Andersona streszczający fabułę filmu Sokół Maltański z niezapomnianą rolą Bogarta jako twardziela i Petera Lorrie ( ów wymoczkowaty głos idealnie go naśladuje) najbardziej znanego z klasyka kina niemieckiego „M jak morderca”.
Nie porównałbym tej suity do niczego chyba nikt wcześniej nie zrobił czegoś takiego; prawdziwego filmu w formie dźwiękowej, który oprócz uszu pobudza niesamowicie naszą wyobraźnię, to prawdziwy majstersztyk nastroju . Muzyka i śpiew Jona idealnie wpasowują się w temat utworu czyli czasy prohibicji i gangsterów. O tym też są słowa; o tym że tego typu filmy oglądał z zaciekawieniem cały świat. To nie przypadkowy wiec wybór. Gatunek dzisiaj już martwy kojarzy się wszak z owymi złotymi czasami kona które minęły bezpowrotnie. Dzisiejszy przemysł filmowy to już tylko machina do robienia pieniędzy. Bardzo ciekawe obrazowe zabiegi stosuje zaś V- gdy Jon śpiewa o strzelaniu prosto miedzy oczy słychać zwielokrotniony echem strzał , gdy Anderson przechodzi do wspomnień dawnych filmów i gwiazd mediów ( przywołany jest Obywatel Kane, Edward G Robinson, James Cagney, James Stewart, Clark Gable, O’Sullivan, Douglas Fairbanks) od dziewiątej minuty melodii towarzyszy terkot przewijającej się rolki z filmem podczas projekcji.
Początek utworu jest energetyzujący, oplata go fortepianowy motyw który zmienia się (5.11) spowalniając także rytm, słychać szum wiatru i konwersację (opowieść miłosna ona nie może uciec z nim do Bagdadu bo i tak ojciec ja odnajdzie...), fortepian na tle owego szumu to wprowadzenie do drugiej części utworu gdzie muzyka łagodnieje. Dialogi będące przerywnikami w śpiewie Andersona oddają pola jego głosowi. Wspaniały śpiew myślę że w tym momencie ma przewagę nad muzyką V. Znakomity tekst o naszej ludzkiej przywarze - sentymentalizmie . W tle pastelowe dźwięki syntezatora, nastrojowe, subtelne brzmienia i znowu przejmujący romantyczny głos Jona. dziękującego za to że mógł zobaczyć te wszystkie stare filmy które pobudziły jego fantazję. W sumie ten temat można by zastąpić wszystkim – o dawnej miłości, kolegach z budy, radościach z dzieciństwa –można odnieść wrażenie że temat filmu jest jakby uniwersalny – ogólnie śpiewa Anderson o nostalgii za czymś co się utraciło i to już nie powróci. Symbolicznie przedstawia to dźwiękowe zakończenie wytracająca odpowiednia prędkość przesuwu taśma wiruje w końcu nie mając już nic do opowiedzenia....
Niesamowita melodia i wyważona synchronizacja efektów w Friends of Mr. Cairo tworzą dźwiękowy przepych ale mimo to oszczędzający szkielet konstrukcji na której Jon Anderson usadawia swoją wizję hołdu i fascynacji kinem lat 30 i 40 stych.
Niezaprzeczalnie utwór ten ma centralne miejsce na tym krążku co zresztą podkreśla tytuł całej płyty.
Utwór ten nie wydano na singlu ale i tak stał się na tyle popularny że często grano go w radiu, na tyle że zrealizowano nawet teledysk do niego w którym Jon i Vangelis pojawiają się przebrani za gangsterów z czasów Al. Capone.
BACK TO SCHOOL- zaskakujący jak na Vangelisa kawałek bo... rock’n’rollowy o zdecydowanie lżejszym kalibrze, który swobodnie może służyć na potańcówkę. W warstwie muzycznej nie dzieje się za wiele; zaskakują żeńskie chórki i brzmienia jakby organów hammonda plus sax. Utwór ten przeszkadza na tej płycie wyłamując się muzycznie z jej konwencji i jest najczęściej wskazywany jako słabe ogniwo tego albumu Ale na pewno nie w sferze liryków bo to sarkastyczno-ironiczna diagnoza naszych czasów; opowieść o człowieku. Który widząc jaki okrutny jest świat w którym ktoś chce znaleźć pracę i jak ten ktoś jest traktowany chce wrócić do bezpieczeństwa lat szkolnych.( Ciekawostka dla pamiętających sobotnie audycje Piotra Kaczkowskiego – alfabet grecki –Moon Is A Powerful Lover wykonawczyni Claire Hamill, tutaj jako chórek).
OUTSIDE OF THIS rozpoczyna fortepianowe intro rozszczepione wstawkami z CS 80. Wstęp zamknięty zostaje przez śpiew któremu towarzyszą delikatne dźwięki fortepianu. Jon znakomicie operuje głosem a muzyka V jest genialnym jego uzupełnieniem przez dodanie sampli z których zwraca uwagę flet i spokojny rytm na perkusji. Melodia snuje się sugestywnie niczym przepiękny kobierzec dźwięków aż do mojego ulubionego fragmentu z konwersacją fletu z keyboardami (od 4.00).( na flecie Dick Morissey z którym potem Vangelis współpracował przy Blade Runner). Utwór ma sporo podobieństw z drugą częścią tytułowej suity. Wokale Andersona przejrzyście błyszczą na pierwszym planie a eteryczne i pełne ciepła syntezatorowe pasaże , flety i brzmienia elektrycznego fortepianu dodają niezapomnianego i wyrafinowanego charakteru temu utworowi.
W tekście znów przyjaciel tym razem o tym że go potrzebujemy –cały tekst jest trudny do uchwycenia jeśli chodzi o sens ale można potraktować jako miłosne dywagacje ale dla mnie znowu pojawiają się podejrzenia że można to traktować jako rozważania skierowane bezpośrednio do Boga.
Kompozycje są bardziej melodyjne a aranżacje dopracowane. Utwory są bardziej przemyślane i zwarte w strukturach niż poprzedni surowszy w formie wspólny album a przede wszystkim jest różnorodny i zawiera szeroki wachlarz brzmień od klasycznych na Mayflower po rockowe na Back To School jak i nastrojów od zrobionego z przymrużeniem oka Back To School po sentymentalno - romantyczne Beside i Outside Of This.
Absolutnie powalający album . Pokazuje co dwóch wielkich muzyków może zdziałać jednocząc siły. Wydaje się, że nikt lepiej niż V nie byłby w stanie zinterpretować muzycznie idei Jona i zarazem jest to prawie niemożliwe aby wyobrazić sobie kogoś innego niż Anderson kto mógłby podźwignąć wyzwanie i sprostać swym głosem niesamowitej fantazji muzyki V. (10.52/10)


Jon Anderson- vocals, lyrics
Vangelis- Arranger, Producer, Vocals, Sleeve Art, Keyboards, Performer
Additional Musicians:
David Coker- voice (4, 5)
Sally Grace- voice (5)
Carol Kenyon- backing vocals (2, 6)
Claire Hamill- backing voices (6)
Dick Morissey- sax, flute (2, 6, 7)
Raphael Preston Guitar
Produced by Vangelis
Hitoshi Takiguchi Mastering Engineer
Roger Roche Engineer
Raine Shine Engineer


1. I'll Find My Way Home (4:31)
2. State Of Independence (7:57)
3. Beside (4:12)
4. The Mayflower (6:39)
5. The Friends Of Mr. Cairo (12:10)
6. Back To School (5:10)
7. Outside Of This (Inside Of That) (5:03)
2.PRIVATE COLLECTION (1983)
Rok 1983 był dla Andersona wielce znaczący. Oprócz tego krążka współpraca z Oldfieldem na Crises a przede wszystkim niesamowicie elektryzujący powrót Yes w nowej, zaskakującej oprawie czyli „90125”. Głos Andersona może niektórych irytować ale dla mnie to ewenement –idealnie nadaje się do kreacji klimatów generowanych przez keyboardy co przekłada się na udział jego w projektach nie tylko Vangelisa ale też Oldfielda, Tangerine Dream i Kitaro.( Ciekawostka –Anderson poznał Kitaro dzięki... Vangelisowi który zabrał go na jego koncert w LA, a potem poznał obu panów za kulisami- podczas trasy koncertowej do płyty Dream zdarzało się Kitaro i Jonowi zagrać covery z płyt duetu). Tutaj Anderson wznosi się na wyżyny. Głos Jona jest tak giętki że swobodnie przechodzi od wielkich emocji wzmocnionych orkiestrowymi brzmieniami po intymne i osobiste śpiewanie na tle delikatnych dźwięków.
Tytuł płyty odnosił się do tego że był ten materiał ich prywatną rzeczą , robioną bez publiczności. Jak wiadomo V to przekorna dusza i jak mówił nie robi dwa razy tego samego –wszystko co robi jest spontaniczne i jest improwizacją nie lubi być kontrolowany, ograniczany i żeby stawiano mu jakieś oczekiwania. A takie mu właśnie Polydor postawił –wydać płytę do filmu Blade Runner . Vangelis odmówił. Wściekli dysydenci zdecydowali jako odwet nie promować płyty Private Collection. I tak mimo że większość kompozycji (poza Italian Song i Horizon) ukazała się na singlach, ze słabym wsparciem ze strony wytwórni nie zdobyła list przebojów tak jak i sam album, który nie okazał się komercyjnym sukcesem ale był wszak bez kampanii reklamowej wydany chociażby na rynku amerykańskim. Dla kolekcjonerów single są cenne gdyż niektóre wersje zawierają na stronie B piosenkę z tej samej sesji tyle ze nie zawartą na longplayu czyli „Love Is” (odsyłam do bootlega High In The Sky.Rare And Alternative Tracks). Ciekawa jest też okładka –dość intrygujące zdjęcie w formie graficznej ( otoczone symetrycznymi liniami, krój trzcionki)przypominającej pierwotną wersję okładki do Friends Of Mr Cairo. Czyżby oznaczenie kontynuacji?

ITALIAN SONG –zimne dźwięki i głos Andersona równie mroźny w swej czystości, edytowany pogłosem niczym w lodowej jaskini , układają się w piękną, króciutką ni to kołysankę ni to bożonarodzeniową kolędę. Muzycznie praktycznie bez zmian aż do 1.42 gdzie V daje popis tworzenia nastroju piękną solówką ubarwioną ozdobnikami - znika tu glos A ale powraca wraz z wiodącą melodią w 2.19 by krótko potem zakończyć tą miniaturkę. Te romantyczne otwarcie płyty V uznał za na tyle nośne że zamieścił je wśród nagrań zagranych na koncercie w 1991 w Rotterdamie (Anderson się pojawił ale głos był playbacku). Bardzo spokojny, prawie majestatyczny kawałek, ze znakomitą kombinacją magicznego głosu i zwiewnych i płynnych keyboardów. Słowa niezrozumiale – to nie jest angielski a w książecce nie zawarto tekstu.
AND WHEN THE NIGHT COMES- spokojny rytm perkusji, trójkąt i powtarzające się wysokie dźwięki z keyboardu, na to wszystko nachodzi wokal Andersona – to chyba najpiękniejsze odmalowanie nastroju głosem do muzyki Vangelisa, który jest jakiś taki smutno - zadumany. Muzyka znakomicie zinstrumentalizowana m.in. smyczkami, przez moment może przeszkadzać wprowadzenie saksofonu, i to w dość ostrym brzmieniu ale konfrontując to z tekstem owa solówka ma za zadanie trochę rozproszyć ów powabny, czarowny nastrój roztoczony prze obu panów, zresztą dalsze nie natarczywe dźwięki saksu który kończy tą pieśń łagodnieją stają się bardziej przystępne i można by rzec kusząco seksowne. Ten zmysłowy sax jest udaną reminiscencją muzyki z Blade Runner (znowu Dick Morrisey).
Ten prawie ckliwy temat to perełka klimatu i muzyki zarazem. "And When the Night Comes," wydaje się być słodszą, delikatniejszą wersję "The Friends of Mr. Cairo”. Liryki w bardzo stosowny i delikatny sposób przedstawiają temat seksu.
Jeszcze raz podkreśliłbym że głos Andersona znakomicie uzupełnia, bogatą aurę tego obrazka malowanego dźwiękiem przez Vangelisa.
DEBORAH –piękny wstęp dla falsetu A na początku, prowadzi tylko fortepian, by po chwili dorzucić lejący się dźwięk syntezatorów i zestaw ozdobników z wysokimi tonami. Utwór ma dystyngowaną formę niczym telenowela z wyższych sfer(J).Ot bardzo ładna piosenka –ciekawostką zdaje się lekko zwokoderowany w pewnym momencie głos A i śliczna fortepianowa solówka z typowym dla V podkładem. Ten kawałek jak dla mnie jest najmniej ciekawy co nie znaczy zły. Utwór jest głęboko poruszający w ciepłym, romantycznym klimacie. Treściowo ma charakter apostolarny, to odpowiedź na list małej dziewczynki i radowanie się z obserwacji jak rośnie – właściwie można to odbierać jako hymn na cześć wszystkich milusińskich albo ... ojcowską radość i dumę z własnej pociechy i traktowania jej jako kogoś szczególnego. I znowu znakomicie dopełniającym interpretację Andersona elementem jest muzyka V.
POLONAISE minimalistyczna w kwestii dźwiękowej oparta na rytmie na trzy ballada. Muzyka idealnie podkreśla głos Jona, ale bardziej mu towarzyszy niż wybija się na plan pierwszy, zwraca uwagę wykorzystanie „widmowych” chórów. Znowu wysokie dźwięki idealnie pasujące do tembru głosu A, i bardzo emocjonalna przeróbka Poloneza Chopina, wzmocniona perkusyjnym crescendo po słowach - usłyszmy i módlmy się. Po owej kulminacji wraca bardzo łagodnie, powolne budowanie nastroju aż do subtelnego wyciszenia. . Głos Jona wiedzie nas na szczyty, Vangelis wtóruje mu najpierw jako tło by potem wysforować się na równorzędne miejsce aż do wspólnego punktu kulminacyjnego.
To nic innego jak opowieść o odnajdywaniu spokoju i harmonii i niesieniu nadziei. Tekst jak i tytuł ( fonetycznie po francusku –Polakom) w zakamuflowany sposób odnosi się do politycznych wydarzeń w Polsce w czasie nagrywania płyty, ruchom społecznym przeciw komunistycznemu reżimowi. W jednym z wywiadów Vangelis przyznał że mimo że całość to była spontaniczna jak zwykle zabawa , nie potrafili uciec od wydarzeń na zewnątrz a że byli bardzo poruszeni wydarzeniami w Polsce, nie od strony politycznej ale czystko ludzkiej stworzyli ten utwór. Jon śpiewa –mamy prawo wybierać , nasze serca nas uwolnią a nic nas nie złamie póki jesteśmy otwarci, pomóżmy naszym dzieciom używać jej rozsądnie, dla milionów nadejdzie prawda, zostawmy agresję za sobą a zamieńmy ją Tobą. Owym „Tobą” mniemam ma być Bóg – w tekście roi się od aluzji religijnych –pojawia się typowe słownictwo z pieśni kościelnych – modlitwa, wiara, chwała ,świętość, światłość. Prawdopodobnie to wynik postrzegania Polski w tamtych czasach poprzez pryzmat Papieża, jako bastionu chrześcijaństwa za żelazną kurtyną a druga sprawa że Anderson jak już zauważyłem przy Friends Of Mr Cairo przemyca do swych tekstów sporo elementów wywołujących skojarzenia religijne. Na tej płycie nie wahał się już ich umieścić wprost ale o tym za chwilę.
HE IS SAILING zaskakująco silne brzmienie atakuje nas od samego początku wyeksponowanymi instrumentami perkusyjnymi. Utwór jest głośny i niesamowicie podkreśla mocny, czysty głos A. Solówki V oparto tym razem na keyboardach, wydobywających ciekawe „miauczące” dźwięki wędrujące między kanałami. Przepiękna ściana dźwięku podczas wokalizy A. Można powiedzieć że to obok ostatniego utworu najbardziej ambitny muzycznie kawałek , z wielością zmieniających się orkiestracji, ciekawymi, zmieniającymi się partiami wokalnymi i przeróżnymi efektami perkusyjnymi i energetyzującym rytmem. Niezwykle ciekawie dzieje się w słowach przynoszących tajemniczo-religijne emblematy, które można odczytać jako pieśń nadziei na ponowne nadejście Jezusa ale znów nie jesteśmy tego do końca pewni. W tekście bazuje się na serii aluzji i niedopowiedzeń które nie da się jednoznacznie zinterpretować ale najbardziej pasuje nam ta opowieść jako dzień sądu ostatecznego z tym że w wersji dla tych co nie grzeszyli i wypatrywali go z niecierpliwością. Zwraca też uwagę podobieństwo klimatu z tekstem poprzedniego utworu.
HORIZON początek brzmi imponująco jak mroczniejszy klimatem brat bliźniak poprzedniego utworu i przynosi też skojarzenia z tematem z Bounty. Strumień potężnej muzyki pochłania nas całkowicie. Mocno egzaltowany głos Andersona pojawia się dopiero w 2.04 , wzmacniany głuchymi podgłosami uderzeń talerzy, dającymi niesamowity efekt – ów podniosły nastrój, prawie patetyczny i z lekką dozą grozy – zostaje wyciszony sposobem w jaki Anderson powtarza swoisty refren „peace will come” poprzez głos pełen nadziei i wiary i pewności że tak będzie i wtedy na zakończenie następuje muzyczna kulminacja, eksplozja bombastycznej melodii zdaje się ze słyszymy co najmniej 40 osobową orkiestrę, zapierający mi dech w piersiach fragment, podkład perkusyjny pozostaje ale keyboardy podążają nowym szlakiem , tonując jakby owe szczytowanie. Następuje repryza początku utworu z ponowną powtórką kulminacji z dodanym biciem dzwonów. Jeśli ten utwór miał zdyskontować suitę Friends Of Mr Cairo jako najbardziej pamiętaną udaje mu się to znakomicie ...do gwałtownego ucięcia w 9.33. Wolta w melodii i tempie: podkład łagodnieje i wzlatujemy pod chmury nawet słychać coś jakby chór niebieski –tą solówkę zastępuje potem zadumany, nostalgiczny fortepian zatopiony w dźwiękach dzwoneczków. Te eteryczne przedstawienie muzycznego ekwiwalentu horyzontu to zarazem wstęp do nowej historii, bardzo pięknej, balladowej części tej suity. Anderson powraca dopiero około 14 minuty śpiewając słodko i romantycznie co jeszcze podkreślono echem, tu też refrenem jest że „słodka muzyka i twe tajemne serce, oba mają uzdrawiającą łaskę” co koreluje z dźwiękami pojawiającymi się podczas tego tekstu...następnie Vangelis zrywa melodię basowymi pomrukami i tak często później wykorzystywanym efektem uderzenia olbrzymich talerzy a fortepian wprowadza słuchacza w nowe zaułki muzyki V z przepiękną wieńczącą finał melodią na fortepian. Anderson znowu jest kojący i spokojny i para razem zmierza ku satysfakcjonującej konkluzji.
Przesłanie można by streścić w słowach powtarzanych niczym refren "Peace will come / Come true Horizon". To swoisty hymn, pełen nadziei wyrażanych przez Andersona, o zadziwiających cechach człowieka i nawoływanie żebyśmy znowu zbudzili w sobie dziecko które w nas zginęło, co poniesie nas znowu ku emocjom i uczuciom i w końcu ku dobru. Żarliwość z jaką to kreśli że ludzie w końcu się opamiętają przywodzi na myśl chrześcijańskie pieśni. Pseudo religijne elementy są odzwierciedlone także muzycznie w nakładających się chórkach przypominających kościelne śpiewy, czy radosnym biciu dzwonów.
Symfoniczno zwiewny Horizon to niesamowity epicki utwór który powoduje że rzeczywiście czujemy promyk nadziei, że w tym okrutnym świecie coś się zmieni, swoiste życzenie pokoju w czasach wojny, muzycznie apokaliptyczna kombinacja części cichych z pełnymi glorii i patosu. Czułość i piękno kompozycji znakomicie koresponduje ze znaczeniem transcendentalnych tekstów.

Jakościowo płyta stoi wyżej nad pozostałymi albumami duetu. Bardziej oszczędne aranżacje, perfekcyjnie uszyty nastrój, zwartość materiału, stylistyczna jednolitość, momentami mroczniejszy klimat niż na poprzednich krążkach i dużo ciekawiej i w tekstach i w a to spokojnej, falującej zefirkiem a to pompatycznej, rozpierającej mocą wichru muzyce. Brzmienie keyboardów jest bardziej nowoczesne, z ciekawym wykorzystaniem echa, krystalicznie czystsze i płomienne niż na "Friends of Mr. Cairo" czy "Short Stories" .
Atmosfera którą razem wytwarzają jest niezaprzeczalnie wspaniała na tej najbardziej romantycznej płycie w ich dorobku.
Jest tu tak jak w tekście słodka muzyka ma uzdrawiającą moc. Cudowny głos, liryki i niesamowita muzyka tworzą niepowtarzalną magię, której nie udało się już odtworzyć ani podczas niedokończonej sesji w 1986 roku ani na wydanej w 1991 roku płycie Page Of Life.
To arcydzieło nastroju. Tylko o mały włos wyprzedziła ją inna płyta.(10.65/10)

Vangelis- alll instruments
Jon Anderson - vocals
Vangelis - all instruments
Dick Morissey - sax on And When The Night Comes
Engineered by Raine Shine and Jerome Van De Krugt
Recorded in Paris and at Nemo Studios , London.
Produced by Vangelis
1. Italian Song 02:54
2. And When The Night Comes 04:37
3. Deborah 04:56
4. Polonaise 05:26
5. He Is Sailing 06:49
6. Horizon 22:53
1.L’APOCALYPSE DES ANIMAUX (1973)
L'Apocalypse Des Animaux zawiera utwory które znalazły się w 6 odcinkowym serialu dokumentalnym (każdy odcinek około 50 minutowy) zrealizowanym przez Frederic’a Rossif’a w koprodukcji telewizji włoskiej RAI i francuskiej Tele Hachette. O postaci Rossifa napisałem przy okazji L’Opera Sauvage . Film miał być jakby manifestem przeciwko dziesiątkowaniu świata zwierząt i pewnej nostalgii za utraconymi czasami gdy inaczej traktowano faunę i florę. Całą serię wydano na kasetach VHS w jednym boksie w 1990 roku we Włoszech, Belgii i Francji przez Editions Montparnasse. Są oczywiście bootlegi DVD , zgrywki właśnie z tego wydawnictwa.
Sporo muzyki wykorzystanej w Apokalipsie Rossif zamieszczał później powtórnie w innych swoich dokumentach (m.in Morandi , Georges Braque, L'Opera Sauvage). Co ważne, wtedy jeszcze V nie praktykował tworzenia muzyki do obrazu a potem nagrywania jej na nowo ( nie zawsze to samo) na album. V nie bawił się wtedy w edytowanie muzyki ale po prostu proponował ileś tam kawałków aby realizatorzy dobrali sobie je do odpowiednich partii filmu. Kiedy dokument pokazuje zwierzęta w ich naturalnych zachowaniach muzyka jest wykorzystywana niezbyt intensywnie służy jako podkład do komentarza. Kiedy zwierzęta oglądamy w zoo, parkach, lub laboratoriach podczas naukowych badań nie ma muzyki a słyszymy lektora lub naukowców objaśniających ich metody i obserwacje. Narrator nie pojawia się w polu widzenia zawsze głos pochodzi z offu.
Vangelis twierdzi że praca nad jednym epizodem zabierała około jednego dnia i każdy odcinek otrzymywał świeżą porcję muzyki. “Generique” pojawiał się na rozpoczęcie i zakończenie każdego epizodu. Tylko kilka fragmentów powtórzono przy różnych epizodach. Np. radosną melodię graną na keyboardach i flecie, która zwykle towarzyszyła zabawom zwierząt, eksperymentalny fortepian plus perkusja, temat także użyty w filmie o Georges Braque ,tajemniczo egzotyczny wolny temat zwykle wykorzystywany przy podwodnych zdjęciach, trochę głupawy temat w stylu disco (też w Morandi ) używający zestawu perkusyjnego na tle pierwszej generacji fortepianów elektrycznych. Dziwne ale żaden z tych powtarzanych tematów nie pojawił się na krążku. ( odsyłam do bootlega - VANGELIS-L’APOCALYPSE DES ANIMAUX-OUTTAKES). Vangelis wybrał 6 utworów mających zupełnie inne brzmienie niż pozostała muzyka w serii. Różniły się choćby wykorzystaniem trąbki czy gitary. Na każdy z kawałków przypada do pięciu utworów odrzuconych w tym sporo naprawdę dobrych, co warto dodać z epizodu 2,3 i 4 nie trafiło na album nic!(Tu polecam bootleg VANGELIS-L’APOCALYPSE DES ANIMAUX 30 ANS 1973-2003).Biorąc pod uwagę całą muzykę zawartą na ścieżce dźwiękowej można ją podzielić na 4 kategorie: melodyjną, marzycielsko-nostalgiczną, zabawną, egzotyczno eksperymentalną . Co znalazło się z tego na krążku?
„Apocalypse des animaux” - generique –typowy dla dzisiejszej muzyki spod znaku world music rytm wybijany na egzotycznych instrumentach perkusyjnych przerywają wstawki fortepianu i piękne, przypominające wirowanie kosmosu wstawki wokalne –znakomite intro budujące niesamowity klimat to w miarę dynamiczna, pogodnie brzmiąca a zarazem niesamowicie przyciągająca uwagę perełka której wadą jest jej króciuteńki czas. Może nieźle zmylić słuchacza nastawiającego się na tego typu muzykę na reszcie płyty.
„La petite fille de la mer” odkrywa przed nami oparte na gitarze akustycznej i ksylofonie, bardzo ulotne, delikatne, słodkie brzmienie kojące zszargane nerwy. W tle delikatna poświata z mellotronu, zawiera coś jak punkt szczytowy gdy opiera się tylko na wysokich dźwiękach ale gitara znowu powraca i melodia powtarza się. Eteryczne, minimalistyczne dźwięki tworzą niesamowicie melancholijny klimat. W serialu obrazował on w ostatnim odcinku zdjęcia delfinów i ośmiornic.
„Le singe bleu“. Ambientowo minimalistyczny dźwięk to tło dla niezwykłej urody partia trąbki. Piękna aranżacja w delikatnie bluesowo jazzowej manierze. Nie przypominam sobie drugiego takiego wykorzystania tego instrumentu w utworze Vangelisa. Klawiszowe zaś dźwięki w tle, podtrzymują półsenną atmosferę. “Le Singe Bleu” wzięto z pierwszego epizodu, gdzie towarzyszy ona obrazowi zwinnych ruchów małpki skaczącej z drzewa na drzewo by w końcu zakołysać się na horyzoncie.
La mort du loup. Wzruszający kawałek oparto na mellotronie imitującym gitarę akustyczną z pogłosem na tle której słychać naturalne brzmienie gitary. Zgodnie z tytułem brzmi przejmująco, niczym pieśń żałobna. Ten naładowany smutkiem, poruszający utwór niezwykle sugestywnie przedstawia śmierć zwierzęcia. Pochodzi z piątego odcinka serii, towarzyszy obrazom wilków zastrzelonych w śniegach i na sawannie.
“L’Ours Musicien”,ta miniaturka w filmie trwa 4 minuty, towarzyszy historii dwóch niedźwiadków polarnych porzuconych przez matkę, szperającą w chacie ekipy filmowej. Mamy tu basowe, niskie, buczące dźwięki kojarzące się rzeczywiście z wizją misia i delikatne mellotronowe akordy symbolizujące że to jeszcze maluchy. To swoisty kontrast wobec wcześniejszej impresji, muzyczny żarcik gdzie co chwilę owa melodia zakłócona jest zwiewnymi, wesołymi tonami wibrafonu w wysokich rejestrach.
Creation du monde. Tej epickiej kompozycji nie powstydziłby się żaden z tuzów ambientu. Czarująco piękny , zbudowany bardzo prostymi, minimalistycznymi środkami. Najdłuższy fragment płyty - statyczny, rozkwitający niespiesznie krajobraz to zapowiedź późniejszych malowideł Vangelisa w spokojnym, nastrojowym stylu. Doniosłość tego fragmentu ma także odzwierciedlenie w serialu. Wieńczący serię epizod rozpoczyna się wraz z dźwiękami “Creation Du Monde”i towarzyszy zwolnionym obrazom wielkich ptaków przelatujących nad morzem. Utwór pojawia się ponownie na koniec, podczas pojawienia się napisów końcowych obrazowanych dotąd przez Generique, jako swoiste filozoficzne podsumowanie.
Płytę wieńczy podobnie spokojny, przestrzennie zaaranżowany obrazek -La mer recommencee Płynny ambientowy temat, jeden ton otoczony falami dźwięków przypominającymi wygłuszone talerze i inne instrumenty perkusyjne W serialu rewitalizacja morza po wycieku ropy i innych zanieczyszczeniach ekosystemu morza zostało ubrane właśnie w dźwięki “La Mer Recommencee”.
Brak tu zdominowanych przez syntezatory utworów, muzyka była stworzona przy użyciu relatywnie prostych środków a zarazem słychać tu w detalach wielki kunszt Vangelisa jako kompozytora, instrumentalisty, aranżera i producenta, mającego niebywały dar kreowania sugestywnych wizualizacji malowanych niepowtarzalnymi barwami i swobodę, łatwość znamionującą geniusza w tworzeniu tychże.
Jakże to innowacyny album! Pamiętajmy jedną rzecz –ta muzyka powstała w 1970 roku! I co tu znajdujemy? Prototypy struktur ambientowych , wyznaczniki późniejszego ruchu minimalistycznego, muzyki world, new age, elektroniki. Porywająca muzyczna tapeta która może spokojnie funkcjonować bez obrazu tworząc wizje roztaczane przed słuchającymi w umyśle, wzbudza podziw jaki geniusz mógł stworzyć coś tak eterycznego i zaawansowanego.
Zaskakują najbardziej statyczne drony, jak żywo przypominające ambient tonowe pasaże na mellotronie, gdzie nic się nie zmienia. Muzyka ta nie opisuje realiów przyrody ale raczej stara się oddać jej filozoficzny aspekt. Niezwykle piękne uchwycony –lekko zadumany, relaksujący czasami charakter tej muzyki powoduje że do dziś brzmi niesamowicie świeżo i aż dziw bierze że ta muzyka powstała w epoce gdy elektronika jaką znamy i lubimy dopiero zaczynała raczkować! Przepiękny dźwiękowy gobelin do dziś mimo upływu lat wciąż mogący konkurować z dowolną płytą . Jak na tamte czasy porażająca praca. Ponadczasowe arcydzieło. (10.87)

Vangelis Arranger, Keyboards, Producer, Main Performer
Didier Pitois Engineer
Recorded at Studio Europa Sonor, Paris France.
1 Apocalypse Des Animaux - Generique 1:25
2 La Petite Fille De La Mer 5:53
3 Le Singe Bleu 7:30
4 La Mort Du Loup 3:00
5 L'ours Musicien 1:00
6 Creation Du Monde 9:51
7 La Mer Recommencee 5:55

Link:
BBcode:
HTML:
Ukryj linki do posta
Pokaż linki do posta


Wróć do „Recenzje spawngamer'a”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Google [Bot] i 1 gość

Studio Nagrań : Zastrzeżenia